Beatriz Blanco. Wenezuelczycy i ich fatalne podejście do życia

Czasami o sobie najlepiej dowiedzieć się od obcego. Beatriz z pewnością była obca, gdy przyjechała z Wenezueli do Krakowa – w najtrudniejszym okresie historii Polski po II wojnie światowej. Jej podejście do życia, pewność siebie wystarczyły, aby związać swój los z naszym krajem. Niezwykła historia.

Stefan Wroński: Dlaczego przyjechałaś do Polski?
Beatriz Blanco*: Miałam uczyć się w Guidhall School Music & Drama w Londynie. Ciekawe jak potoczyłby się moje losy… Ale zdecydowałam inaczej. Miałam bardzo bogatą koleżankę w Caracas, która tworzyła fundację i zapraszała nauczycieli z całego świata do Wenezueli. Moja nauczycielka musiała wyjechać i zastąpiła ją Polka. Była pod wrażeniem mojego głosu i namówiła mnie, abym z nią wyjechała. No i jestem.

Który to był rok?
Przyjechałam do Polski w październiku 1982 roku.

Toż to środek stanu wojennego! Czy ta kobieta mówiła ci, co działo się w Polsce?
Mówiła. A także mówiła, że koszt życia w Polsce jest tak tani, w porównaniu z Wenezuelą, że moim rodzicom będzie łatwiej mnie utrzymać. Ponadto uczyłam się muzyki, więc wiedziałam, że to kraj Chopina, Pendereckiego. Nic nie dzieje się bez przypadku. Wyjechałam w październiku 1982 roku, a w lutym 1983 roku był taki krach finansowy w Wenezueli, że z moich planów wyjazdu do Londynu nic by nie wyszło.

No dobrze, ale i tak sądzę, że cię oszukano. Kolumb powiedział o Wenezueli, że jest to tierra de gracia, a ty przyjeżdżasz w najsmutniejszym od II wojny światowej dla Polski czasie. Co zastajesz?
Kraków. Ciemno. Pomyślałam, że widocznie wylądowałam zbyt późno. Potem okazało się, że budynki w nocy są nieoświetlane, a ulice niedoświetlone. Ciemno kojarzyło się mi z niebezpieczeństwem. Przyjechałam tu jednak z panią profesor, więc nie było tak źle. Niestety rozchorowałam się i pierwsze dwa tygodnie przeleżałam w łóżku.

Wszystkie zajęcia były w języku polskim. Jak się dogadywałaś?
Na początku trochę po włosku, na migi. Pierwszy rok byłam stażystką, miałam zajęcia z fortepianu, uczyłam się śpiewu, kształciłam słuch, musiałam poznać słownictwo.

U kogo mieszkałaś?
Przez pierwszy rok w ostatnim pokoju, na ostatnim piętrze, ostatnim bloku, ostatniej ulicy Krakowa, czyli wtedy Pilotów. Mieszkałam u rodziny w pokoju trzy na trzy metry, dogadywałam się za pomocą języka migowego, jednego słownika polsko-angielskiego. Razem oglądaliśmy telewizję, traktowałam ich jak rodzinę.

Wyobrażam sobie, że odbiegając od kanonu polskiej urody, musiałaś robić furorę w mieście?
Moja siostra odwiedziła mnie w 1987 roku. Mało osób było takich jak my. Wszędzie ludzie się na nas patrzyli. Jak ktoś nas minął, to zawsze się odwracałam i mówiłam „dzień dobry”. Zawsze się za nami oglądali. Bere nie wytrzymała. Mówiłam jej, że jest inna, a oni są ciekawi. Niech się cieszy, że ktoś na nią patrzy. Byłam do tego przyzwyczajona, a zresztą ja tam lubię zainteresowanie u innych. Gdyby na scenie odwracali wzrok ode mnie, byłabym załamana. Jestem trochę ekshibicjonistką. A zatem byłam bezczelna, a ona nie. Po paru latach siostra znów przyjechała do Polski i powiedziała mi, że teraz jest gotowa na wzrok obcych. Sytuacja w kraju się zmieniła, a my niestety nie wzbudzałyśmy już takiej sensacji. Znów była zawiedziona. Straciła swoje pięć minut.

Czujesz się bardziej Polką czy Wenezuelką?
Jestem Wenezuelką. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła być kimś innym. Głęboko w sercu mam swoje dzieciństwo, przodków. Natomiast bardzo zidentyfikowałam się z tym, co tu się dzieje i czuje się polską patriotką. Podziwiam i mam wielki szacunek do wysiłku, jaki podjęli Polacy, aby pokonać trudności. Nauczyłam się tu pamięci.

Nie rozumiem?
Wytrwałość, pamięć… Idziesz w Krakowie ulicą i czujesz potrzebę przynależenia do jakiegoś nurtu. W Wenezueli jest niezwykła mieszanka etniczna. Są czarni, których wyrwano z Afryki, są resztki Indian barbarzyńsko zniszczonych. Ogromny wpływ kultury hiszpańskiej. Wenezuelczycy mają bardzo krótką pamięć.

10687909_370339673129756_3556740977446845199_o

Może dlatego, że historia kraju sięga dwustu lat?
Na pewno dlatego, a także mamy zupełnie inne podejście do życia. Gdy widzę, co teraz dzieje się w moim kraju, nie mogę darować sobie, że nasze pokolenie pozwoliło na taką destrukcję. Zniszczono gospodarkę, edukację. Moja mama opowiadała mi, jak wyrzucano z liceum, w którym była wicedyrektorem, sprzęt z laboratorium fizyki, tylko dlatego, że wymyślono sobie zmianę jego profilu na bardziej kulturalny. Tak dobrze wyposażonych szkół, jakie były w Wenezueli, nie widziałam w Polsce. Nauczyłam się tutaj, że należy uczyć się na błędach.

Nie wiem, czy wszyscy Polacy zgodziliby się z tobą, co do niepopełniania przez nas tych samych błędów.
A jednak w pewnym momencie mówicie… Basta! Tak było z Powstaniem Warszawskim, Styczniowym. Wiadomo, że koniec końców nie wyszły te zrywy, ale Polacy mają siłę walczyć o swoje. Nie widzę tego w Wenezueli. Jesteśmy bardzo pogodnym narodem. Może dlatego, że nie trzeba dużo robić, by być szczęśliwym. Jako społeczeństwo mamy taki charakter, że jak czegoś brakuje, łatwo nam przyjąć inny wariant. Nie odczuwamy braku. Ludzie bardzo łatwo dostosowują się do sytuacji. I dzięki temu jesteśmy szczęśliwi. Jeżeli inaczej się nie da, idziemy naokoło. Bez żadnego zastanawiania się, płakania, straconych szans. Zawsze próbujemy znaleźć pozytywną stronę życia.

Wydaje się, że to dobre podejście.
A jest fatalne! W tej chwili w Wenezueli ludzie przeżywają to samo co Polacy przed 90 rokiem. I co? I nic z tym nie robią. Bo myślą, że zaraz minie, bo się przystosowują. Tutaj na zmianę przyszło wam czekać czterdzieści lat!

Czego brakuje w Polsce?
Pogody ducha. Ostatnio w Wenezueli byłam sześć lat temu. Gdyby Polacy zobaczyli co się tam dzieje, dziękowaliby Bogu za swój kraj. Dużo jest malkontenctwa, wielu ludzi nie docenia tego, co ma. Mówią, że mogłoby być jeszcze lepiej. Takie podejście ma drugą stronę medalu. Jest impulsem do rozwijania się. Jak się pogodzisz ze wszystkim, to także, z tym że biją, torturują i zabijają ludzi. A tak nie można.

* Beatriz Blanco. Mezzosopranistka, absolwentka Wydziału Wokalno-aktorskiego Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie (1989 r.). Przez jedenaście lat związana z Warszawską Operą Kameralną, Od 1995 r. współpracowała z m.in. Operą Śląską, Operą Novą, Teatrem na Zamku, Teatrem Muzycznym w Lublinie, Operą Baltycką. Występowała jako solistka w filharmoniach i salach koncertowych w całej Polsce. Jest członkiem założycielem zespołu Solo Tres, wykonującego muzykę hiszpańską i latynoamerykańską.