Białoruś: przestrzeń bez czasu

Zmarły niedawno Terry Pratchett mawiał: kiedyś pracowałem w elektrowni atomowej – gdybym opisał to, co tam widziałem, nikt by mi nie uwierzył. Z Białorusią jest podobnie. Czasem sam nie wierzę we wszystko, co tam widziałem.

Myślę, że z Białorusią (i całą Europą Wschodnią) jest jak z religią, albo masz w sobie gen wrażliwości na te sprawy, albo nie. Albo ciągnie cię w te rejony, albo będziesz się od nich trzymał z daleka. Albo wszystko ci będzie tam przeszkadzać, albo będziesz chłonął, wiecznie ciekawy i głodny.

Polska, która porzuca

– Otczestwo? – pyta milicjant. – Ojciec mój ma Marek, więc może Markowicz? Dawid Markowicz Zaraziński? 

Milicjantów jest dwóch, ubrani w grube mundury, służbowe miny i mało przyjazną broń. Nie ma żartów. Meldunek musi być, po co, na ile, z kim. Wielki brat obserwuje.

Ale jest cudnie. To jedno z piękniejszych miejsc, w których byłem. Jest jezioro, dzika przyroda, nietknięte masową turystyką tereny, dziewicze, zupa ucha gotowana na ognisku z własnoręcznie złowionych ryb… Bosko.

Mieszkam na plebanii małej miejscowości. W jej okolicach żyje kilkanaście starych babuszek. To dla nich głównie tu jesteśmy. Pobyć, porozmawiać, zrobić zakupy. Do tego kościoła chodzą często kilka kilometrów na starych, zmęczonych nogach. Każdego dnia. I tak od lat, nawet wtedy gdy kościół pełnił rolę spichlerza. Jestem przekonany, że dzięki tym babciom wiara tu przetrwała. Księdza nie było przez kilkadziesiąt lat. Wystarczył różaniec. I pamięć.

– Wiesz synku, pamiętam jak tu była Polska – mówi mi po polsku jedna z nich, gdy tak idziemy, powoli, dziesięć kilometrów do jej zapadającej się, biednej chatki. – A ta Polska o nas zapomniała – dodaje. – Idź, nazbieraj jabłek, śmiało. A mnie dziwnie, nieswojo, jakbym ja zapomniał.

Mania wielkości

– Ale te drogi dlaczego takie szerokie? – pytam dziwiąc się szczerze, bo na Białorusi jestem pierwszy raz i pierwszą rzeczą, która mnie dziwi, właściwie tuż po przekroczeniu granicy, są te szerokie szutrowe drogi, jak nasze autostrady prawie.

Na rozwiązanie zagadki nie muszę długo czekać. Jest lato, czas żniw. Mimo że na drodze nie ma dużego ruchu, musimy się zatrzymać na skraju pasa, w rowie prawie. Musimy przepuścić ogromne kombajny, przy których polskie Bizony wyglądają jak drzewka bonsai. Robią dosłownie kolosalne wrażenie, zajmując większość drogi.

Białoruś ma upodobanie do ogromnych pojazdów. Tu tu powstają Bielazy, największe ciężarówki na świecie. Samochody-potwory zdolne przewozić do 450 ton ładunku (!). Średnica zawracania takiej ciężarówki ma 45 metrów, auto mierzy 20,6 metra długości, blisko 10 szerokości i jest wysoki na ponad 8 metrów.

Bielaz

No i są jeszcze niebieskie okiennice drewnianych chat w mijanych wioskach. – Dlaczego akurat niebieskie? – dopytuję. – Bo w kołchozach jest taka farba i łatwo ją „pożyczyć” do domu – odpowiada mój przewodnik.

W ostatniej dekadzie białoruska administracja wsparła branżę rolniczą sumą 40 mld dolarów, donosił w lutym ub. roku dziennik „Biełaruś Siegodnia”. Jakościowy wzrost podobno nie nastąpił, a dochodowość rolnictwa obniżyła się dwukrotnie. Na Białorusi kołchozy i sowchozy zapewniają 98 proc. produkcji rolnej.

Trzy nieruchome żółwie

Ty mi Katia opowiedz o białych nocach – proszę uroczą blondynkę z Petersburga, która odwiedza tu swoją przyjaciółkę Swietę. Z romansu będą nici; Katia opowie co prawda o białych nocach, ale to Swieta będzie miała najciekawsze rzeczy do powiedzenia.

– Niedaleko stąd jest miasteczko, w którym stoi stary kościół – opowiada. – Właściwie resztki kościoła, mury same, podczas wojny spadła na niego bomba, centralnie z góry. W środku jest krater, robi duże wrażenie. 

W wielu miejscowościach stoją, albo stały pomniki Lenina. I co robi jeszcze większe wrażenie w przypadku miasteczka z kościołem, o którym wspomina Swieta, to fakt, że przed świątynią jest pomnik Władimira Iljicza, który dumnie kieruje na ten kościół swój wskazujący palec.

– Ale dlaczego wy się nie zbuntujecie, jak my w latach osiemdziesiątych, czy jak pomarańczowi na Ukrainie? – dopytuję. Po kilku kieliszkach pysznego samogonu tematy polityczne wydają się najbardziej właściwe. – Bo tu nie ma się komu buntować. Nikt na nic nie czeka.

Jest taka znana piosenka popularnego białoruskiego zespołu NRM, „Tri čarapachi”. Jej tekst leci mniej więcej tak:

Kab lubić Biełaruś, našu miłuju mamu,
Treba u roznych krajach pabyvać.
Zrazumieješ tady – pad twaimi nahami
Try słany nieruchoma stajać.
Hej ła-ła-ła-łaj,
Ty nie čakaj, siurpryzau nia budzie.

Trzy nieruchome żółwie pod stopami. Niespodzianka, na którą nikt tu nie czeka.

Malowane krawężniki

Lida, średniej wielkości miasto w obwodzie grodzieńskim. Spacerujemy czystą arterią, jedząc lody przyglądamy się ludziom. Wtem – nie do wiary, nie wierzę, to się nie dzieje naprawdę. Spora ekipa maluje krawężniki białą farbą i… trawniki – zieloną (tu swej pamięci nie ufam w stu procentach; mimo że minęło od tego wydarzenia kilka lat to wydaje mi się to zupełnie nierealne). Przechodnie nie zwracają na to uwagi. – Pewnie Łukaszenka przyjeżdża – silę się na dowcip.

Następnego dnia w Lidzie odbywa się parada, której przewodniczył Alaksandr Ryhorawicz.

***

Białoruś przypomina mi czasem przestrzeń bez czasu. Dziwną, inną, cudowną. Rozum mówi: są ciekawsze kierunki. Serce szepce: wracaj.

źródło zdjęcia u góry: link