Celna kurwa kapitana. Pierwsze rozczarowania, pierwsze sztormy.

Pojawia się w najmniej odpowiednim miejscu i czasie, zauważa rzeczy, które chcemy przed nim ukryć, a także dostrzega czego inni nie widzą… Kapitan.

 

Trochę mi było szkoda Krzysztofa, naszego drugiego bosmana. Wszystko przez moją ciekawość i pytanie kuszące los. Może dlatego, że kończyła się mi wachta, pozwoliłem sobie na odrobinę spoufalenia, zagadnąłem więc przechodzącego starego.

– Co tam słychać?

– Gówno słychać! – powiedział swym rozkazującym tonem. – Dlaczego śruby są niepomalowane? Krzysztof!

No i bosman musiał się tłumaczyć, że przecież są pomalowane. Kapitan ma zły humor i musi skupić na czymś uwagę. Wachta, jak wspomniałem, kończyła się, a ja nie zachowałem się solidarnie i zanim zwrócił uwagę na mnie, poszedłem do Szuflandii. Tak nazwaliśmy dwie kajuty na dziobie, do których prowadzi osobne wejście, a które zajmujemy wraz z resztą załogi, pełniącą funkcję Watch Liderów. Panuje tam mikroklimat, przypominający trochę świat Kartonu, na żaglowcu Fryderyk Chopin. Słowem mamy swoje miejsce odosobnienia, poczucie humoru, tajemnice i słodycze.

Mamy zadanie dostarczyć Le Quy Don do Wietnamu i nie ma czasu na halsowanie. Należy wybrać najszybszą i najdogodniejszą drogę, pokonać ją w możliwie optymalny sposób, aby cało i zdrowo dopłynąć na miejsce. W efekcie na Bałtyku włączyliśmy katarynę, pszczółkę, czy jak kto woli maszynę i na niej to przepłynęliśmy aż za cieśniny duńskie. W tych pierwszych dwóch dobach naszego rejsu najbardziej ekscytującym wydarzeniem było niedzielne ciastko zaserwowane przez Grzesia, naszego kuka. A także minięcie zamku Hamleta w Danii.

Być albo nie być – Mogłem sobie powiedzieć.

Le Quy Don  (1)

Dużo nadziei pokładałem w Morzu Północnym, które nie ma najlepszej sławy. Nie od razu sztorm, ale przynajmniej ostre bujanie, które sprawi, że nasi wietnamscy koledzy dostaną trochę w kość, dzięki czemu nabiorą więcej szacunku do morza i sprawniej będzie się z nimi działało w przyszłości. Północne wyglądało jak lustro, padające na nie światło dodawało wodzie gęstości. Miałem wrażenie, że posuwamy się po oleju. Trzecia doba, także na silniku, dała nam z atrakcji zaćmienie Księżyca.

Rozwiało się dopiero we wtorek. Kapitan kazał po banderze postawić sztaksle i kliwry, resztę żagli dostawiliśmy po obiedzie. Wieje dwójka w skali Beauforta, a my płyniemy siedem węzłów, czyli bardzo ładnie. Kapitan się rozchmurzył. To trochę mało powiedziane. Śmiał się od ucha do ucha. Gdyby mu tylko urząd pozwolił, pewnie skakałby do góry, w powietrzu uderzając piętą o piętę. Dopiero wtedy, zrozumiałem że zły humor z dni poprzednich wynikał z pływania na silniku. Cholercia, nasz stary jest żeglarzem. Jest dobrze.

Żagle zostawiliśmy na noc, prędkość 12 węzłów przy wiejącej 4, co skończyło się nocnym klarowaniem: Bociana, Magdy, Krzysztofa i moim. Po chwili dołączyli do nas Paweł, Filip i bosman Maciek. Wietnamczycy z naszej wachty odmówili pracy, bo za bardzo bujało i było ciemno. No nic. I tak mieliśmy do sklarowania tylko bombrama i brama na obu masztach. Zeszło się z 45 minut, więc też nie było to najszybsze klarowanie żagli na świecie. Wietnamczycy, chyba trochę zawiedli kapitana, dlatego dnia następnego sam wdrapał się na marsla górnego i pokazał im, że nie należy bać się bujania.

W środę minęliśmy białe brzegi Dover. Płynęliśmy na wszystkich żaglach rejowych, dwóch kliwrach, czterech sztakslach i spankerze pełnym bajdewindem. Wiatr nie był mocny, ale i tak robiliśmy 12 węzłów, co jest porządnym wynikiem. Znaczy, że nasz Le Quy Don ma ukryte umiejętności, których się uczymy.

Wypływając z Kanału Angielskiego na Atlantyk musieliśmy sklarować żagle na grot maszcie. Płynęliśmy fordewindem, a więc te z grota zasłaniały żagle z fok masztu. Tym razem już pomagali nam koledzy z Wietnamu. Kończąc robotę, zobaczyliśmy, że ożeglowanie z foka pracuje wstecz.

Albo nagle nam przywiało z Atlantyku, albo nasz sternik przysypia – powiedziałem do Bociana.

Kurwa! – usłyszeliśmy kapitana z pokładu. – Złazić mi stamtąd! Do brasów!

Jak wiadomo celna kurwa rzucona przez kapitana nadaje marynarzowi chyżości ruchów i bystrości umysłu. Po sekundzie byliśmy przy brasach, szotach i halsach. Potem nagle stawialiśmy kliwra, a kolejnym krokiem było podciąganie żagli fok masztu na gejtawach i gordingach. Nie udało się nam wrócić na kurs manewrami na żaglach. Musieliśmy pomóc sobie silnikiem. Zanim byśmy go załączyli, musieliśmy zwolnić jednostkę. Nie można tutaj uruchomić silnika, gdy za szybko się płynie. Cały manewr zajął nam półtorej godziny. A wszystko przez sternika, który albo przespał, albo nieumiejętnie kontrował. Nauczył się jednak, że najgorsze co można zrobić na takiej jednostce jak ta, to zejść z wyznaczonego kursu.

Le Quy Don  (3)

Atlantyk to na początku Biskaje. I tutaj znów zawiodłem się na żeglarskim doświadczeniu. Północne jak i Biskaje słyną z mocnych wiatrów i bujania. A tu nic takiego nie ma miejsca. Płyniemy na silniku. Wypada w tym miejscu powiedzieć trochę o nocnej wachcie. Polega głównie na tym, żeby co jakiś czas przejść się po żaglowcu i sprawdzić czy liny dobrze się trzymają, czy bloczki nie obijają, czy D-Zety i inne przedmioty są dobrze zaształowane. Wchodzimy także do wszystkich pomieszczeń, tylko po to aby sprawdzić, czy nie ma tam pożaru, czy coś się nie leje, itp.

Po przepłynięciu Biskajów, prognoza pogody zapowiedziała zbliżanie się sztormu. Specjalnie przygotowaliśmy się do niego, wzmagając czujność na pokładzie. Do tego stopnia, że razem z Chungiem znaleźliśmy na głównym pokładzie ptaszka. Nie wiem co to jest, ale przypomina jaskółkę, tylko na łapkach ma błony. Chung, to bardzo sympatyczny chłopak, który nie dość że uśmiecha się od ucha do ucha to jeszcze zawsze jest skory do pomocy. Powiedział, że jak wypuścimy ptaszka, to ten poleci ze strachu i w sztormie niechybnie zginie. Trzeba go gdzieś schować. Stwierdziliśmy, że toaleta kadetów na pokładzie głównym idealnie się do tego nadaje. Mamy zatem dodatkowego załoganta, którego wypuścimy gdy tylko pogoda się poprawi.

Jak schodziłem to zaczynało padać, po ośmiu godzinach spania, na dworze lało już jak z cebra tytana, a w żaglowiec biła fala za falą. Tak systematycznie i stale, że urwała nam lewy watersztag na bukszprycie. To nie najlepsza wiadomość. Zamiast na Wyspy Kanaryjskie zmuszeni jesteśmy zawrócić i dopłynąć do A Coruny w Hiszpanii. Nie to żebym się tym specjalnie przejmował. W sumie lepiej żebyśmy mieli jakieś szkody teraz, niż na Oceanie Indyjskim.

Kurna, taka szkoda. – powiedział kapitan wychodząc z mostku by zatelefonować z informacją do armatora i stoczni. – A zaczynało tak ładnie wiać.

[symple_box style=”boxnotice”]

Wszystkie relacje Stefana z rejsu do Wietnamu znaleźć można na stronie Le Quy Don poznaje ocean

[/symple_box]