Zachód nad Kambodżą. Część 1

Jechałem starym autokarem z nielicznymi śladami świetności, takimi jak olbrzymie, wychylane fotele dające uczucie komfortu. Były wyleniałe, a podłoga lekko lepiąca. Za to dobrze działała klimatyzacja. W tym wszystkim co ciężkie, mroczne i niezbyt ciekawe próbowałem znaleźć jaśniejszą stronę życia.

Cztery godziny temu pożegnałem na lotnisku dotychczasowe towarzyszki podróży. Pierwszy raz od ponad pół roku jestem sam. Nie ma się do kogo odezwać, nie ma kogo posłuchać. Palec czuje więcej towarzystwa. Na rogatki Ho Chi Minh (Sajgonu) wydostawałem się dwie godziny. Po to tylko, żeby złapać stary autobus i kierowcy zapłacić równowartość dziesięciu dolarów, aby dowiózł mnie do stolicy Kambodży. A miał być autostop!

Wielka rzeka nazywa się Mekong

Gdy się spojrzy w lewo widać, że się lekko rozlewa. Lekko w tym wypadku oznacza brak widoku drugiego brzegu. Bardzo podobne do Śniardw tylko z nurtem i czółnami pchanymi zdezelowanymi silnikami i takimi samymi rękoma, obsługującymi długie wiosła. Jedzie się tym mostem i jedzie. Mekong to czwarta rzeka Azji, a dziewiąta świata. Teraz jest w sumie mała, bo w sierpniu woda w niej wzbiera z 12 tys. Mkw/s do 30 tys mkw/s. Nosi w sobie cenny muł, który pozwala rolnikom w Kambodży zbierać ryż cztery razy w roku. Rybacy wyławiają z niej 1,3 milionów ton ryb rocznie, a żyje w niej około 1200 gatunków. Niektóre zagrożone wymarciem. Jest na przykład Pangaz, z rodziny sumowatych, który osiąga nawet trzy metry długości. Jedenaście lat temu rybacy wyłowili okaz o wadze 293 kilogramów. Podobno zostało także tylko sto sztuk delfina krótkogłowego.

Dla mnie Mekong jest ogromem zasłoniętym mgłą i doprowadzającym mnie do szału. Okazuje mi mój własny bezsens, który zostanie ze mną przez jeszcze jakiś czas.

Wędrówka bez celu to tylko włóczęgostwo. A tego należało się wystrzegać już za czasów Odyseusza.

Po pierwsze zgubiłem kartę walutową, o czym przekonałem się przejeżdżając granicę Wietnamu z Kambodżą. Po drugie zapomniałem pinu do karty kredytowej i wpisanie złego numeru, groziło zablokowaniem karty. Po trzecie nie miałem internetu żeby sprawdzić, czy pieniądze z mojej karty walutowej nie znikają wesoło, bo ktoś mi ją ukradł. Po czwarte ledwo przekroczyłem granicę, a już miałem długi. Wiza do Kambodży kosztuje 30 dolarów, a ja miałem jedynie jedną trzecią tej sumy, przeznaczoną na autokar. Kierowca założył pieniądze za mnie, więc jakoś trafiłem do kraju Khmerów, ale naprawdę nie miałem jak ich oddać. Wygląda na to, że w Phnom Penh będę musiał im zwiać.

Turystyka Gringo

Ulica Jugosłowiańska w Phnom Penh krzyżuje się z Polską, dlatego też wybrałem tę trasę ucieczki. Jest środek nocy, a ja czmycham przed dłużnikami. Zabrakło mi trzech dolarów do spłacenia należności. Z drugiej strony, okazało się, że przedsiębiorstwo autobusowe wzięło sobie dodatkowo pięć dolców za obsługę mojej wizy, czyli miałem im zapłacić nie 30 a 35 baksów. Nie czułem się winny. Nie mogłem też znieść dziesięciu taksówek, które krążyły nade mną jak jakieś sępy, od jednego bankomatu do drugiego. Udało się mi dodzwonić do banku i zmienić numer pin. Mogę wyciągać pieniądze, zaciągając kredyt na mojej karcie. Czuje się bezpieczniej, chociaż stolica Kambodży nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Wjazd do niej to jakieś wielka budowa drogowa, wymieszana z przydrożną biedotą i klepiskiem straganowo-mieszkalnym. Przypomina stolicę Boliwii La Paz. Z tej udeptanej pustyni wystrzeliwują w niebo kolorowe budynki banków, hotelików i kasyn. Udowadniając tym samym, że z jałowego gruntu nic dobrego wyrosnąć nie może.

Kawał drogi przede mną. Zerknąłem tylko na mapę i znalazłem dzielnicę, do której podążają wszyscy turyści. Oznacza to duży wybór noclegowy, ale także wszystko czego nie lubię w takich miejscach… turystyki Gringo. Europejczycy, Amerykanie wybierają sobie dzielnice do spania na podstawie paru przewodników turystycznych. W takich krajach jak Wietnam, Kambodża tworzą się enklawy turystyczne, których oferta skierowana jest wprost do oczekującego atrakcji białego człowieka. Słowem backpacker, który nastawiony jest na osobiste doznanie innego świata, widzi go nie takim jaki jest, ale takim jaki chciałby widzieć, jakim mu sprzedają. To tak jakbyśmy poszli do McDonald’sa w Mumbayu i powiedzieli że smakuje nam hinduska kuchnia.

Backpacker nie poznaje miejscowych, a innych backpackerów. Nie mieszka wśród miejscowych, a w hotelach, pije w barach przeznaczonych dla mu podobnych. Nie wiem zatem po co jeździ z plecakiem, jak mógłby z walizką podróżną?

Zaczepiają mnie prostytutki. W Wietnamie nie było dziwek na ulicach, chociaż było mnóstwo hotelików na godziny. W Wietnamie jednak jako kraju socjalistycznym, prostytucja oficjalnie istnieć nie może. Kambodża to już królestwo i można znacznie więcej. Straszne, ale łapie się na tym, że prostytucja wydaje się mi kwintesencją wolności.

Seks z nieletnią przynosi szczęście

Khmerska dziewczyna musi korzystać z okazji, gdy tylko się ona nadarzy. Dlatego nie zamawia dietetycznej sałatki w restauracji dla białych, ale największe i najdroższe danie. A potem je jakby czas był jej wrogiem. Jej stuletni partner z Viagrą w kieszeni z kraju niemieckiego, angielskiego czy innego europejsko-amerykańskiego patrzy na to z poczciwą miną. Może wydaje się mu, że jest dobroczyńcą? Takich par w tej restauracji naliczyłem pięć. W każdej knajpce jest ich kilka. Starsi panowie chodzą po burdelach i wynajdą sobie dziewczynę. One ich zachęcają krzycząc chórkiem Hello! Potem przez kilka dni bawią się w utrzymankę i portfel, a w końcu wyjeżdżają z powrotem do domu. I dziewczyna szuka innej skarbonki. Póki młoda musi korzystać. A zaczynają wcześnie. Bardzo wcześnie.

Byliśmy w burdelu i graliśmy w bilard, bardzo sympatyczne dziewczyny. – mówi mi Pierre, Francuz na wycieczce. – Nie akceptuje tylko dziecięcej prostytucji. Mają po dziesięć lat, gdy rodzice wysyłają je do burdeli. Powody zawsze te same: długi, pieniądze, zastraszenie. Zresztą dla Khmerów to nie znowu taka nowość. Seks z nieletnią w ich kulturze przynosi szczęście, może dzieci z prawowitego łoża urodzą się jaśniejsze? Europejczyk zapłacić musi za dziewicę do tysiąca dolarów.

Pytam się Pierra co można zrobić? Jak zadziałać? I już oczami wyobraźni widzę, jak daje w facjatę kolesiowi co to łazi po ulicy z dzieckiem za rękę. Najlepiej zrobić zdjęcie i wrzucić na media społecznościowe – daje odpowiedź mój francuski kolega, po wcześniejszym wyjaśnieniu, że czytał gdzieś artykuł zachęcający do takich praktyk.

Tak bojowo się nastroiłem, że podejrzliwie patrzę nawet na ojców z dziećmi. A już do szewskiej pasji doprowadza mnie fakt, że parę dni wcześniej na rogu widziałem w rikszy dziesięcioletnią dziewczynkę wymalowaną jak Mała Miss. Opiekunowie wciskali w nią słodycze. Wtedy myślałem, że to rodzice, a dzisiaj sądzę że dziecko szykowali do czegoś perfidnego.

Cud zdarzył się tylko raz

No to dosyć! Naprawdę dosyć, tych cholernych taksiarzy, którzy nie pozwalają przejść przez ulicę bez tysiąca pytań, czy aby nie podwieźć. Dosyć samotnego łażenia. Dosyć dusznych miast. Dosyć zabytków. Dosyć, dosyć, dosyć. Idę przed siebie. Z hostelu za pięć dolarów wyszedłem o siódmej rano. I od tamtej pory idę i idę. Już drugą godzinę. Mam w dupie komunikację miejską, cholernych ludzi i ich pomoc, która zawsze coś kosztuje. Mam dosyć azjatyckiego postrzegania mnie, jako czworonożnego portfela bez zębów.

Tylko raz zdarzył się tu cud i ktoś zatrzymał się, aby przepuścić mnie na pasach. Tylko raz! Wtedy myślałem, że cholernie dobry to kraj, ta Kambodża, ale teraz mam przesyt i obrzydzenie. Do momentu, gdy zaczyna się upał. Od 9 rano do 17 popołudniu nie jestem w stanie egzystować. Koszulka rozpływa się mi na torsie, a kapelusz żółknie z powodu potu ze skroni. Co chwilę odpowiadam Nie – nie chcę pomocy. Ale w końcu zatrzymuje się chłopak na skuterze i mówi że podwiezie mnie gdzie tylko zechcę, za darmo. Chciałem tylko na rogatki miasta. Ten zabiera mnie dwieście kilometrów dalej.

Druga część przygód w Kambodży już za kilka dni!