Korona Warszawy: podsumowanie, bo życie jest piękne!

Trzy miesiące temu pisałem, że chwilę wcześniej uruchamiając Parabucha nie spodziewaliśmy się, jak szybko będziemy mogli wesprzeć przedsięwzięcie tak śmiałe i emocjonujące. Spróbujmy więc podsumować i zapytać: ale właściwie po co to wszystko?

Korona Warszawy to akcja, której pomysłodawcy, uczestnicy ekspedycji, obrali sobie za cel zdobycie w stylu alpejskim sześciu najwyższych wzniesień znajdujących się na obszarze Warszawy. Było to pionierskie wyzwanie, którego dotychczas nikt nie miał śmiałości podjąć. Z uroczego pomysłu (ile razy zadawałem sobie pytanie: dlaczego nie wpadłem na to wcześniej?!) powstał medialny fenomen, o którym rozpisywały się gazety, który pokazywały telewizje śniadaniowe, a internet puchł od zachwytów. Dziś, po zakończeniu akcji, przyszedł czas na podsumowanie. Do rozmowy zaprosiłem Pawła Cywińskiego, „orientalistę, globtrotera, autostopowicza, człowieka wielu pasji” oraz jednego z inicjatorów akcji.

_MG_1483mini

 

Przede wszystkim gratulacje – Korona Warszawy to jedna z najlepszych akcji okołopodróżniczych, społecznych i internetowych od lat. Jakie są Twoje wrażenia po jej zakończeniu? Spodziewałeś się takiego sukcesu?

Jak tylko wróciliśmy z wyprawy, to zorientowaliśmy się, że zrobił się wokół tego niezły szum. Nagle pojawili się psychofani, staliśmy się rozpoznawalni, ostatnio nawet Jarek Ziółkowski, biorąc udział w poważnej debacie w Muzeum Historii Żydów Polskich, został przedstawiony jako zdobywca Korony Warszawy. Pozytywne szaleństwo. Trochę nas to wszystko zaskoczyło, ale dzięki temu udało nam się osiągnąć jeden z wielu naszych celów – zbiórka pieniędzy na fundację Rak’n’Roll. Wygraj Życie. A przy okazji świetnie się bawić.

Spróbujmy ten sukces skonkretyzować. Zacznijmy od Waszej współpracy z Fundacją Rak’n’Roll. Jak się ona narodziła?

Naszą bezpośrednią inspiracją byli polscy parlamentarzyści. Jakiś czas temu zastanawialiśmy się nad sensem ich podróży charytatywnej na Kilimandżaro w styczniu tego roku. A konkretnie, nad stosunkiem wydatków do zebranych pieniędzy. Wtedy natchnęło nas, że powinniśmy się nie tylko zastanawiać, ale i samemu zrobić coś na miarę własnych możliwości i ambicji. Tak powstała Korona Warszawy. Nasz stosunek to 1:55. Wydaliśmy 250 zł. A Fundacja Rak’n’Roll ze swoją pozytywną energią stała się naszym naturalnym partnerem.

Wiem, że Fundacja  jest bardzo zadowolona ze współpracy. Podobno zarobiliście dla niej duże pieniądze?

W gotówce zebraliśmy dla nich prawie 14 tysięcy złotych. Są to w zasadzie pieniądze z puszki koło naszego base campu, z licytacji w czasie i po zdobyciu szczytów oraz od ludzi, którym się to spodobało i postanowili wesprzeć fundację przelewem. Znalazł się też jeden sponsor. Czy to dużo? Wydaje mi się, że tak. Natomiast niewątpliwie jeszcze większą wartością, którą udało nam się wygenerować jest pojawianie się nazwy fundacji w niezliczonej ilości przekazów medialnych. I to w czasie rozliczenia podatkowego, gdy ludzie podejmują decyzję komu wpłacić swój 1%. Nie mamy jeszcze szczegółowych wyliczeń wartości wizerunkowej, ale mówimy tu o siedmiocyfrowych sumach.

_MG_1243mini

Wasza akcja ruszyła w lutym i trwała do końca marca. W tym czasie z pomysłu zrodzonego w grupie przyjaciół, Korona Warszawy stała się ogólnopolskim fenomenem medialnym. Mógłbyś to podsumować?

Rzeczywiście, już po dwóch dniach mieliśmy tysiąc fanów na Facebooku, a potem to rosło niesłychanie szybko. Pierwszy szczyt zdobywaliśmy w świetle trzech ekip telewizyjnych, zresztą podobnie jak ostatni. Na konferencję prasową na Stadionie Narodowym rozpoczynającą nasze zmagania z górami przybyło kilkanaście redakcji. Pojawiło się kilkadziesiąt artykułów w ogólnopolskich gazetach i portalach internetowych, kilkadziesiąt wywiadów radiowych, parę telewizji śniadaniowych, dzienniki wieczorne, Szkło Kontaktowe. Jednym słowem szaleństwo – trochę przez nas sprowokowane, a trochę wyrywające się spod kontroli. Od lat pracujemy w mediach i organizacjach pozarządowych, przy organizacji różnych wydarzeń, konferencji, debat – to doświadczenie pozwoliło nam dobrze zarządzać przekazem medialnym.

Pokazuje to też, jak łatwo jest wykreować w Polsce kompletnie nieistotny fakt medialny. Pokazanie tego to był też jeden z naszych celów. Zauważ: wystarczy kilku kreatywnych gości z tupetem, którzy nie śmieją się podczas opowiadania swoich własnych, często drętwych dowcipów, dobry pomysł, przyjęcie określonej konwencji, zimne piwo i sprawny telefon do odbierania telefonów od dziennikarzy. I nawet ze zdobyciem Górki Szczęśliwieckiej (152 m. n.p.m.) można trafić do Faktów TVN…

Równie to śmieszne, co przerażające… A jeśli chodzi o zakończenie akcji – wiem, że ostatnia konferencja prasowa też ładnie się wpisała w konwencję…

To była kwintesencja faktu medialnego. Nikt na nią nie przyszedł. Akcja się skończyła, pora gonić za następnymi newsami. No więc przez 20 minut mówiliśmy do pustych krzeseł, potem sami zjedliśmy kanapeczki, a na samym końcu przyszła spóźniona dziennikarka pewnej radiostacji, i poprosiła nas o powtórzenie wszystkiego. Tak też zrobiliśmy, i rozeszliśmy się do pracy – wszak był to dzień roboczy.

_MG_0956mini

_MG_0138mini

Sama akcja polegała na zdobyciu warszawskich szczytów. Komunikowaliście to jak najbardziej serio. Było to dla Ciebie interesujące doświadczenie? Wiesz, spanie w namiocie pod Kopcem Cwila, te sprawy. Jakie były najlepsze, a jakie najtrudniejsze momenty? Z jaką reakcją lokalsów się spotykaliście?

Czułem się jak na prawdziwej wyprawie. I po powrocie miałem nawet powrotową chandrę. Natomiast niewątpliwie było to coś fajnego i ciekawego. Cały czas jeszcze to sobie czasem analizujemy, uświadamiają się nam różne znaczące szczegóły. Natomiast niewątpliwie to, że tyle osób nas wsparło, tyle instytucji nam pomogło, tyle osób dołączyło do wspinania, sprawia, że to nie była tylko nasza przygoda. To był pewien rodzaj społecznego happeningu na dużą skalę. Coś co wpływa na sposób myślenia. Na turystyczną wyobraźnię. No i zauważ, że na naszym profilu na Facebooku, nie było ani jednego hejtera. A spodziewaliśmy się, że się pojawi. Nawet przygotowaliśmy dla pierwszego nagrodę niespodziankę.

Sporo osób zadawało mi pytanie – po co to wszystko? Dla hecy, dla fejmu, dla fanu? Znając Ciebie i pozostałych uczestników akcji oraz wiedząc nieco więcej o jej kuchni – mogę chyba zdradzić, że za Koroną stoi nieco poważniejsza idea?

No wiesz? Jasne, że dla jaj! Ale poza jajami, było wiele małych idei i przekazów, o części już powiedziałem. To co dla mnie – jako współtwórcy post-turysta.pl – było ważne, to pewna charakterystyczna zabawa językiem. Staraliśmy się opisywać Warszawiaków i Warszawę typowym językiem turystycznym, zarezerwowanym dla opisywania Innego na końcu świata. Robiliśmy to celowo. Uważamy bowiem, że czymś nieetycznym jest tworzenie specjalnych kategorii językowych zarezerwowanych dla pewnych grup ludzi. Na przykład nadużywane w turystyce słowo plemię, które oznacza nic innego, jak grupę etniczną, ale w Afryce widzimy same plemiona, podczas gdy Kaszubów już nie nazwiemy plemieniem. Mimo, że Mursi w Etiopii i Kaszubowie na polu semantycznym, jako rodzaj społeczności, niczym się nie różnią. Widząc ten problem i wiedząc, że nie uda nam się zmienić języka turystyki, postanowiliśmy sami siebie określać za pomocą opisów dalekiego świata. Właśnie po to, aby zakopać ten semantyczny dół, tę różnicę między nami, a nimi. Wydaje mi się, że to chwyciło i zmuszało ludzi do zastanowienia się, gdy nazywaliśmy na przykład Belweder tradycyjną chatą na planie kwadratu, a Warszawiaków tubylcami, ich pieniądze wariatami, itd. I tego typu drobnych symboli powiązanych z odpowiedzialną i zrównoważoną turystyką, a właściwie narracją w turystyce, było przemyconych bardzo wiele. Robiliśmy to kompletnie świadomie. W gruncie rzeczy Korona Warszawy była taką klasyczną post-turystyczną kampanią społeczną.

Czy w takim razie będzie jakoś żyła? Będzie jej kolejna odsłona czy to jednorazowa akcja?

Teraz siedzimy na książką: Korona Warszawy. Historia Prawdziwa. W której zdekonstruujemy różne ciekawe zjawiska wokół naszego przedsięwzięcia. To będzie esejo-reportaż antropologiczny.

Nie mogę się więc jej doczekać!… Macie pomysły na kolejne podobne przedsięwzięcia? Sukces na pewno jest zachęcający?

Mamy, wiele, ale na razie ich jeszcze nie zdradzamy. Życie jest piękne.

_MG_0357mini

Autorem zdjęć jest Tomasz Kaczor