Warszawiak w Gdyni cz. 6 Muzeum Emigracji

Muzeum Emigracji w Gdyni wzbudziło we mnie poczucie dumy. Słyszałem kiedyś historię, że Polacy na Wielkiej Emigracji jeździli na granicę państw zaborczych, tylko po to, by przez chwilę popatrzyć w polskie niebo. I teraz jak się zastanawiam, jakie wrażenie pozostało we mnie, po odwiedzeniu budynku Dworca Morskiego w Gdyni, muszę napisać, że trochę bardziej ich rozumiem.

Dworzec Morski na uboczu Gdyni, a w nim Muzeum Emigracji.

Wszyscy hurra patrioci będą jednak rozczarowani. Nie jest tak, że kraj nasz zasługuje jakoś szczególnie na miłość. Emigracja zawsze spowodowana była czymś z czego być dumni nie powinniśmy. A to zabory, wynikające jak wiemy z nieudolnej polityki naszej elity sejmowej. A to głód, taki jak w Galicji. Ludzie sprzedawali cały swój majątek, aby ratować swoich bliskich, zostawiając kraj dla wyimaginowanego raju. A to w końcu zła koniunktura ekonomiczna, zmuszająca ludzi do podróży przez cały świat, aby wyrwani z korzeniami, zapuszczali je na nowo. Często emigrowaliśmy i dalej tak się dzieje. Gdy pomyślę o tych wszystkich swoich znajomych, którzy już mieszkają w Anglii, Kanadzie, Niemczech, Stanach Zjednoczonych, nie dlatego, że zakochali się w pięknej dziewczynie/chłopaku i postanowili tam założyć rodzinę, a dlatego, że tam jest wygodniej i lepiej żyć, to naprawdę nawet teraz mój kraj nie napawa optymizmem, a jednak muzeum uczy patriotyzmu.

Muzeum Emigracji na uboczu

Muzeum Emigracji znajduje się w budynku Dworca Morskiego na Nabrzeżu Francuskim w gdyńskim porcie. Tym, którzy nie znają topografii Gdyni, powiem tylko, że aby dostać się pod budynek muzeum należy przejść kawał drogi przedłużeniem ulicy Świętojańskiej, minąć kilka stoczni remontowych i dopiero po solidnym spacerze dojdziemy do celu. Komunikacją miejską dostać się tam jest jeszcze gorzej. Bo kursuje jeden bodaj autobus, który zresztą nie jeździ z centrum. Muzeum jest na uboczu, tak jak emigrant na uboczu kraju, z którego pochodzi.

Plusem jest modernistyczny budynek Dworca Morskiego, któremu odnowiono fasadę. Kiedyś było to centrum życia Gdyni, perła architektoniczna, z której to w świat wyruszali Polacy z całego kraju. Transatlantykami takimi jak MS Batory (obejrzyjcie serię filmów gdy płynę przez Atlantyk – tutaj) płynęli by znaleźć się w obcym świecie. Emigrant, jak mówi jedna z wystaw w muzeum, zawsze zaczyna z niższego poziomu niż w kraju, z którego pochodzi. Stąd w świat ruszył Witold Gombrowicz, ale i tysiące innych Polaków.

Muzeum Emigracji a sprawa Sikorów

Jedną z opisanych historii jest życie Sikorów, które odtworzono dzięki prowadzonemu dziennikowi. Pochodzili oni spod Rzeszowa. Ta historia przewija się przez część wystawy. Głód zmusił ich do sprzedaży drobnego majątku i wyruszenia do Stanów Zjednoczonych. Jedną ze wzruszających chwil jest ta, gdy Sikorowie mówią do urzędnika emigracyjnego, że są Polakami, a ten zapisuje w dokumentach kraj pochodzenia Austria. Emigracja jest ostatnią deską ratunku, której chwytają się by zmienić swój los. Udaje się im i znajdują w Stanach Zjednoczonych raj. W tym wypadku jest to codzienna kiełbasa i chleb na stole. Mają już coś, co nie osiągalne było w Polsce. Na wystawie zapada w pamięć cytat z listu emigranta do przyjaciela Pobyłbyś ze dwa lata w Ameryce, zarobiłbyś pieniędzy, to byś się z tej biedy wyrwał i byś był człowiekiem. Zadaje sobie pytanie, jak bardzo muszę być zdeterminowany, by opuścić swój dom?

Mimo takiego zakończenia, właśnie historia Sikorów daje mi najwięcej do myślenia. Piszą, mówią i czują się Polakami, a jednak raj znajdują gdzie indziej. To jest niezwykłe jak głęboko w sobie nosimy swoją narodowość, przynależność do kultury, języka, kraju. Nie byli w stanie zapewnić sobie tutaj zwyczajnego chleba i kiełbasy na stole, a więc wyjechali. Tam daleko dalej czują się jednak Polakami. Dziwny czy może dla Was nie taki znowu zaskakujący ten cały patriotyzm? Zapraszam do obejrzenia mojego filmu!