Szminką po mapie, czyli kobiece podróżowanie z przymrużeniem oka

Ania mówi o sobie, że jest uzależniona od podróżowania. Podróże w bardzo pozytywny sposób zmieniły moje życie i mam ochotę zarazić tą pasją jak największą ilość osób – dodaje. Na co dzień pracuje w biurze podróży. Dzięki pracy w turystyce ma możliwość częstych wyjazdów i chętnie z nich korzysta.

CZĘŚĆ I

Maluję usta najczerwieńszą ze szminek, do torby wrzucam ostatnią – piątą parę butów i ledwo domykam torbę. Siadam na niej, aby ułatwić sobie zadanie. Po czym biorę ją do ręki, próbując na oko określić jej wagę. Z olbrzymim wysiłkiem unoszę ją do góry i już wiem, że znowu przekroczyłam limit. Ech… Rozpinam suwak i na szybko robię analizę co zostawić.

Z bolącym sercem z torby wyjmuję suszarkę, prostownicę i mini żelazko.

Trudno, będę chodzić rozczochrana i niedoprasowana, ale w końcu to tylko kilka dni – pocieszam się. Jednak po cichu liczę, że moja współlokatorka będzie miała na stanie te niezbędne w kobiecym życiu urządzenia. Tym razem bez większego wysiłku domykam torbę.

Zastanawiam się, czy wszystko spakowałam. Myśl, że o czymś zapomniałam, nie daje mi spokoju.

Sprawdzam kolejny raz, czy zabrałam najważniejsze rzeczy: 1. dokumenty, 2. kasę, 3. komórkę.

Check, check i check. Jeśli nawet zapomniałam jeszcze czegoś ważnego, punkt 2. w odpowiedniej ilości powinien rozwiązać ten problem. Spoglądam na zegarek, 10 min jestem już spóźniona. Czuję jak robi mi się gorąco. W pędzie chwytam swoją ulubioną cętkowaną chustę, owijam wokół szyi i narzucam płaszcz. Wpadam jak burza na klatkę schodową i zostawiam za sobą tylko głośny stukot obcasów.

Październik 2014 – Wielka Grecka Przygoda – Pyrzowice i Kreta

Przede mną jedna z tych podróży z cyklu: krótko i intensywnie – Kreta w 4 dni. Wyjazd służbowy (pracuję w biurze podróży), ale nie zwykłe study tour, tylko prawdziwie vipowski pobyt na Krecie – nagroda dla najlepszych biur w Polsce.

Już przed wejściem do terminalu uśmiechają się do mnie znajome twarze. Pozytywna fala energii unosi się w powietrzu, podekscytowanie wyjazdem sięga zenitu. Właśnie wtedy poznałam koleżankę, z którą mam być w pokoju. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu. To nie był przypadek. Nasi znajomi stwierdzili, że będziemy świetnie ze sobą pasować. Dobrze jest mieć takich znajomych. Ich przewidywania sprawdziły się w 100%.

Na pokładzie samolotu powitano nas szampanem i podano śniadanie – zapowiada się dobrze – pomyślałam, a to dopiero początek…

„Witamy na Krecie! Prosimy o oddanie bagaży głównych tuż po wyjściu z lotniska” – takie powitanie wyskoczyło na mojej komórce zaraz po jej włączeniu. Potem do hotelu. Sympatyczny Grek oznajmia, że zaprowadzi mnie teraz do pokoju. Ha, ledwo co przyjechałam, a tu takie propozycje… No nic, tylko korzystać. W pokoju czekały na nas czerwone, cięte róże, wino, owoce, ale i tak największe wrażenie zrobił na nas widok na wzburzone morze.

3.

Następnego dnia rano z trudem zwlekam się z łóżka. Półprzytomna docieram do łazienki. Spoglądam w lustro i od razu przypomina mi się stwierdzenie, że są trzy rzeczy, które strach zobaczyć po imprezie: twarz, portfel i rejestr połączeń wychodzących.

Dzień zaczynamy od city games w Rethymnonie. Zwartą grupą przemierzaliśmy uliczki tego zabytkowego miasta w poszukiwaniu zagadek i wyzwań godnych prawdziwych łowców przygód. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, wąchaliśmy zioła, kosztowaliśmy lokalnych trunków, szukaliśmy ukrytych skarbów i rozwiązywaliśmy łamigłówki.

Po południu zabawa przeniosła się na słoneczną plażę przy naszym hotelu. Kiedy tylko usłyszałam muzykę, poderwałam się z leżaka i ruszyłam na piaszczysty parkiet. Roztańczone towarzystwo z uśmiechem na ustach zaczęło wskakiwać do basenu. Wąż ogrodowy również ruszył do akcji, polewając obficie napotkane osoby. Jak zauważyłam strumień wody, zmierzający w moim kierunku, odruchowo zrobiłam kilka kroków w tył. Czego niestety nie zaważyłam to skalniak, na który się wywróciłam, boleśnie rozcinając nogę.

Poturbowana i kulejąca dotarłam z powrotem na leżak. Tak właśnie… Nie byłabym sobą, gdyby coś mi się nie przytrafiło. Nie przejęłam się zbytnio zranioną nogą. To był naprawdę drobiazg w porównaniu z moimi wcześniejszymi doświadczeniami, takimi jak:

– bliskie spotkania z niebezpiecznymi morskimi stworzeniami,

– wpadnięcie w poślizg autokaru podczas zamieci śnieżnej,

– odchodzenie od zmysłów w klaustrofobicznej jaskini,

– zerwanie się windy w hotelu,

a wszystko zawsze zaczyna się tak niewinnie…

8.

CZĘŚĆ II

Czerwiec 2014 – Formentera

To był piękny, słoneczny, leniwy dzień. Miejsce wprost idealne do beztroskiego wypoczynku. Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w krystalicznie czystej, turkusowej wodzie. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, co się tam na mnie czai…

Rajska plaża na Formenterze to miejsce jak z obrazka, więc dobrze się złożyło, że właśnie tu nasza grupa dostała wolny czas. Zanim zdecydowałam się na plażowanie, wybrałam się w miłym towarzystwie na spacer, w celu uwiecznienia uroków tego miejsca i nie tylko… Dzień wcześniej wypatrzyłam na hipisowskim targu zmysłową sukienkę, wiązaną na plecach, długą niemalże do ziemi. Decyzja o zakupie zapadła od razu, bez cienia wątpliwości. To była jedna z tych kobiecych chwil, w których po prostu wiesz, że musisz coś mieć.

Po odbyciu sesji zdjęciowej pod tytułem: „wyginam śmiało ciało w mojej nowej kreacji”, można było w końcu rozpocząć plażowanie. Bez chwili wahania, zrzuciłam swoją cudną suknię na piasek i wbiegłam do wody, a że pływać lubię, to wypłynęłam od razu na głęboką wodę. Zawsze żyłam w przekonaniu, że jak ktoś potrafi pływać, to nie ma znaczenia, ile metrów wody znajduje się aktualnie pod nim. To się przekonałam tego dnia, że ma znaczenie… To była sekunda, poczułam ostre pieczenie w prawej ręce. Nawet nie zdążyłam zauważyć, co mnie zaatakowało. Na dłoni pozostał tylko brązowy ślad. Oparzenie puchnie. Boję się, że mogę stracić przytomność. Zadręczam się w kółko jednym pytaniem: Czy zdążę dopłynąć do brzegu? Płynę tak szybko, jak tylko potrafię. W końcu poczułam grunt pod stopami. Jak tylko znalazłam się na brzegu, pobiegłam po pomoc. Nie byłam odosobnionym przypadkiem, w naszej grupie jeszcze z pięć osób zostało poparzonych. Okazało się, że meduzy w najlepsze grasują w tych wodach i pieszczą boleśnie napotkane osoby. Jedynym skutecznym lekarstwem (oprócz maści zakupionej w pobliskiej aptece) okazały się przepyszne lokalne lody, które wcinałam z niepohamowaną radością.

Grudzień 2013 – długa (bardzo długa) droga do Włoch

Z rozgrzanej słońcem plaży Formentery zabiorę was teraz na przystanek autobusowy w Katowicach – zawierucha śnieżna, zimno, ciemno i autokar spóźnia się już drugą godzinę. Warunki na drogach fatalne, a przed nami długa podróż do Val di Sole, w wiadomym celu… rozrywkowo-szkoleniowym. Przestępując z nogi na nogę, widzę go, nadjeżdża, nareszcie! Ze świeżo poznaną koleżanką (również snowbordzistką) z uśmiechem na ustach ładujemy się czym prędzej do autokaru. Tam już czeka na nas rozbawiona ekipa, która rozpoczęła swoją podróż w Warszawie. Są nastawieni bardzo przyjacielsko, od razu zostałyśmy zaciągnięte na tyły autokaru na welcome drinka. W wesołej atmosferze dotarliśmy zaledwie do granicy z Czechami, później nam już nie było tak wesoło… Autokar odmówił posłuszeństwa. Pierwszą godzinę kierowcy próbowali go naprawić – bezskutecznie. Drugą godzinę czekaliśmy na zastępczą część. Po naprawach w końcu wyruszamy z miejsca. Z zawrotną prędkością 50 km/h przemierzamy zaśnieżoną autostradę. Monotonna jazda kołysze do snu, od czasu do czasu słychać ziewanie, rozmowy milkną. Wyglądam przez okno… Śnieg cały czas sypie bezlitośnie, nawierzchnia śliska, widoczność mocno ograniczona. Czuję jak oczy mi się kleją. Czytam ostatni raz słodkiego smsa z życzeniami szczęśliwej podróży i zasypiam…

Ze snu wybudza mnie gwałtowne szarpnięcie, moje ciało bezwładnie uderza o szybę. Z półek zawieszonych nad siedzeniami wysypują się torby, ubrania, butelki. Autokar uderzył o barierkę i odbija w przeciwnym kierunku. W tym momencie kierowca nie ma żadnej kontroli nad pojazdem.

Z przerażeniem zdaję sobie sprawę, że autokar może przechylić się na bok. Czekam w spięciu. Sekundy niemiłosiernie się ciągną… Kierowca odzyskuje panowanie nad kierownicą i gwałtownie hamuje. Sprzęt narciarski z ostatnich siedzeń spada na nasze miejsca, przygniatając nas boleśnie. Nabiłam kilka siniaków, ale liczy się tylko to, że wszyscy są cali i zdrowi. Ręce wciąż mi się trzęsą, oddech przyspieszony. Na dnie kubka uratowało się jeszcze trochę welcome drinka, dopijam na raz…

Lipiec 2001 – obóz harcerski w Bukowinie Tatrzańskiej

Zanim przejdziemy do kulminacyjnej historii tego artykułu, a zarazem mojego życia, zabiorę was na chwilę do mrocznej jaskini. Na potrzeby tej opowieści rozsiadam się wygodnie we wehikule czasu, niczym Marty McFly w deLoreanie i przenoszę rzeczywistość do 2001 roku.

Jako niespełna 15-latka wyruszyłam w swoją pierwszą samodzielną podróż, a był to obóz harcerski pod namiotami. Dla nieśmiałej, grzecznej dziewczynki, jaką wówczas byłam, była to prawdziwa szkoła przetrwania. Nie straszne mi były ulewne deszcze, które zamieniły plac namiotowy w kąpielisko błotne, ani zimno i wilgoć w namiotach. Straszna była tylko jaskinia…

Zwiedzanie jaskini było w programie jednej z wycieczek górskich. Nie byłam świadoma, że może to być dla mnie aż takie przeżycie do momentu, kiedy zobaczyłam mały, ciemny otwór w skale, stanowiący wejście do jaskini.

Nie dam rady tam wejść – zwróciłam się przerażona do opiekunki grupy.

Musisz spróbować – odpowiedziała i kazała mi podążać zaraz za przewodnikiem.

Pomimo narastającego lęku posłusznie wykonałam polecenie. Jako pierwsza z całej grupy zanurzyłam się w mrocznej jamie… Na kolanach, po kamieniach. Nagle brak mi tchu, ściany są coraz bliżej, przytłaczają mnie, spoglądam za siebie – kolejne osoby wchodzą do jaskini… Czuję się uwięziona. W niekontrolowanym ataku paniki gwałtownie zawracam i czym prędzej zmierzam w stronę wyjścia. Ku przerażeniu opiekunki pojawiam się z powrotem i ledwo łapiąc oddech, mamroczę zdenerwowana:

Mam klaustrofobię.

Teraz mi mówisz, że masz klaustrofobię?! Trzeba to było wcześniej zgłosić.

Ja nie wiedziałam o tym wcześniej… – próbowałam się tłumaczyć.

Co ja mam teraz zrobić? Zawrócić całą grupę, bo Ty się boisz wejść?

Milczę, ze wzrokiem wbitym w ziemię.

Ania, odpowiedz mi! CZY MAM ZAWRÓCIĆ CAŁĄ GRUPĘ?

Nie.

Poczułam się bardziej przygnieciona odpowiedzialnością niż ścianami w jaskini. Zacisnęłam pięści i jeszcze raz po kamieniach za przewodnikiem, ale tym razem już ani razu nie spojrzałam w tył. Wąskimi korytarzami ciągle posuwam się do przodu. Cała trzęsę się ze strachu, ale nic nikomu nie mówię. Na moment zatrzymujemy się w jednej komorze. Przewodnik karze zgasić latarki. Zapada całkowita ciemność. Opowiada nam historię o księdzu, który podczas samotnej wyprawy zabłądził w labiryncie korytarzy. Błąkał się w poszukiwaniu wyjścia, aż zmarł z wyczerpania i głodu. A teraz uczcijmy jego śmierć minutą ciszy – tymi słowami przewodnik zakończył swoją opowieść. Bezradnie odczekałam minutę. Jedyne czego pragnęłam to wydostać się stamtąd jak najszybciej. Przede mną kolejne ciasne szczeliny. Przechodzimy przez nie pojedynczo, bez plecaków.  W niektórych miejscach wspomagamy się łańcuchami. W końcu docieramy do celu. Jak tylko zobaczyłam światło dzienne, odetchnęłam z ulgą. Nigdy więcej – obiecałam sobie.

Od tamtego dnia wiedziałam, że ze względu na moją klaustrofobię muszę za wszelką cenę unikać takich miejsc. Wszelkich małych, zamkniętych pomieszczeń…

6.

Październik 2013 – Kos

Nigdy nie zapomnę tego uczucia miękkich nóg, gdy winda z impetem ruszyła w dół.

W głowie jedna natrętna myśl: Jak to możliwie? To nie może dziać się naprawdę…

W końcu dociera do mnie, że winda się zerwała. Spadam i nic nie mogę na to poradzić.

Nie chcę zginąć, mam jeszcze tyle do zrobienia…

Pierwsza sekunda.

Druga sekunda.

Trzecia sekunda.

STOP

Ostre szarpnięcie. Hamulce zabezpieczające zadziałały. Winda zakleszczyła się między piętrami.

Uwięziona w małym, zatłoczonym pomieszczeniu, czuję jak robi mi się słabo. Boję się. Winda w każdym momencie może znów ruszyć w dół. Próbuję kontrolować napływającą falę paniki. Oddycham głęboko i rozglądam się dookoła. Atmosfera jest nerwowa. Słyszę rozmowę przez telefon. Pomoc jest już w drodze.

Czekamy…

Współtowarzysze niedoli są zdecydowanie bardziej odporni na klaustrofobiczną sytuację. Patrząc na znajome twarze czuję się spokojniejsza. Rozluźniam się powoli, chociaż nogi nadal mam jak z waty. Myślę o tych wszystkich rzeczach, które chciałam zrobić, ale brakowało mi odwagi…

Zapisać się na lekcje tańca i samoobrony. Zrobić tatuaż. Żyć pełnią życia, otaczać się pozytywnymi ludźmi, śmiać się do łez i bawić do białego rana. Wychodzić poza strefę komfortu i łamać schematy. Obiecuję sobie, że jak się stąd uwolnię, spełnię każde z tych pragnień.

W tym momencie rozchylają się zatrzaśnięte drzwi… Na widok wpadającej do środka strugi światła, reaguję jak rozbitek na widok nadpływającego statku. Niepohamowana radość udziela się wszystkim. Z ulgą wyskakujemy z windy jeden za drugim. Z wypiekami na twarzach wymieniamy się swoimi wrażeniami. Zgodnie stwierdziliśmy, że dostaliśmy drugą szansę od życia. Podążając za tą myślą, okrzyknęliśmy się grupą „Second chance”.

Ps. Obietnicy dotrzymałam… wielokrotnie i z olbrzymią przyjemnością.

Kreta – zakończenie

Ostatniego wieczoru na Krecie podziwialiśmy pokaz sztucznych ogni. Patrząc na rozbłyskujące na niebie różnokolorowe światełka, ukuła mnie myśl, że wszystko co piękne, tak krótko trwa. Nowe miejsca i niezwykli ludzie pojawiają się nagle, zmieniają nasze postrzeganie świata i tak szybko znikają. Pozostawiając w sercu uwierającą tęsknotę.

Ktoś kiedyś powiedział mi: Nie smuć się, że to już koniec. Pomyśl, że to może być dopiero początek. Każdy koniec jest początkiem… i ja czuję się gotowa na nowy rozdział w moim życiu, na początek nowej przygody…

Od Redakcji: Chcecie także współtworzyć Parabucha? Zajrzyjcie pod ten adres!