Tajemnice Manhattanu recenzja pisana nocą

Mroczna strona Nowego Jorku.  O twarzach miasta ukazanych ludzkimi tragediami opowiada dziennikarz śledczy Porter Wren, bohater nowego filmu Briana DeCubellis – Tajemnice Manhattanu recenzja poniżej.

Zazdroszcząc Dawidowi zachwytów nad Stranger Things (recenzja pod tym adresem) postanowiłem spróbować swoich sił w filmowej krytyce. Trafiłem na Tajemnice Manhattanu, obraz, który wzbudził we mnie tęsknotę za klasycznym kinem detektywistycznym.

Pianista na Manhattanie

Tajemnice Manhattanu jest nieśpiesznie opowiadaną historią dziennikarza śledczego. Porter Wren (Adrien Brody) dokumentuje ludzkie nieszczęścia. Ma swoją stałą rubrykę w tabloidzie. Jest umęczonym przez życie pismakiem, który porzucił ambicje pióra. Skupia się na utrzymaniu z wierszówki przy życiu siebie i rodziny. Samobójstwa, zabójstwa, porwania i inne grzechy miasta są przez niego pieczołowicie odnotowywane, czym zyskuje duże grono czytelników. W dodatku jest trochę miejskim bohaterem. Okazuje się, że potrafi wyśledzić zaginione dziecko, gdy innym się to nie udaje.

Niestety jego gazetę kupuje magnat finansowy Sebastian Hobbes (Steven Berkoff). Naszemu reporterowi grozi utrata pracy, więc żeby nie stracić kolumny wybiera się na przyjęcie z okazji przejęcia tytułu. Tam ma pokazać się szefowi, co może wpłynie na jego karierę. Spotkanie z miliarderem jest dość przykrym doświadczeniem, ale poznaje wdówkę Caroline Crowley (Yvonne Strahovski – polskiego pochodzenia Australijka).  Zjawiskowa blondynka niczym z filmów Hitchcocka wciąga go w sprawę śmierci swojego męża, znanego reżysera. Dodatkową zachętą jest rodzący się między nimi romans.

Tajemnice Manhattanu recenzja

Obsada jest znakomita. Brody jest jak ze starych filmów detektywistycznych. Berkoff wciąga jeszcze bardziej. Jest obrzydliwy, obleśny i na wskroś zły. Zdolny do skrzywdzenia niewinnych. Nieczęsto jednak autorzy dają nam okazję współczuć takim bohaterom. Wszystkich jednak przebija Strahovski. Dziewczynę po prostu kamera lubi. Nie można od niej oderwać wzroku.

Film mnie wciągnął do tego stopnia, że jak wychodziłem z kina, żałowałem, że jest jeszcze jasno i nie pada deszcz. Miałem wielką ochotę przespacerować się po Warszawie, pozaglądać w ciemne podwórka, popatrzeć na latarnie uliczne, szkoda że nie palą się gazowym światłem.

Autorzy Tajemnicy Manhattanu czerpią garściami z klasyki. Jest noir. Jest chandlerowsko. Jest pomnikowa blondynka. Chociaż jest też inaczej. Jak na tego typu filmy bardzo rozwinięty jest wątek prywatnego życia głównego bohatera. Dzięki czemu nie jawi się on nam jako cyniczny dziennikarz. Staje się nam bliższy, dla romansu ryzykuje szczęście kochającej się rodziny.

Jest kilka niedociągnięć filmu, ale nie zgadzam się z tak nieprzychylną krytyką jak na przykład na Filmwebie. Motywy niektórych bohaterów są dość niewiarygodne. Może to dlatego, że scenariusz napisano na podstawie książki o tym samym tytule. Czytałem opinie, że to świetna publikacja, do której film się nie umywa. Wygląda na to, że skrócono wątki, spłaszczono fabułę. Rzadko zdarza się jednak, aby film był tak dobry jak jego papierowy pierwowzór, więc można wybaczyć. Jest za to zachęta do podniesienia czytelnictwa w Polsce i kupienia bądź wypożyczenia z biblioteki kryminału.

Dla kogo jest ten film? Dla Was jeśli lubicie nieśpieszne kino, odwołujące się do klastycznych wzorców. Jeśli tęsknicie za detektywami, klimatem noir, kinem zgłębiającym ludzką naturę.

 

4

Ocena ogólna

Klimat noir, nieśpieszne nawiązanie do klasyki kina detektywistycznego