Anna Nowicka. Teatr to podróż, to wieczne poszukiwanie

Kiedy siadasz na widowni złożonej z rzeszy dwu- i trzylatków – wiesz, że jesteś w wyjątkowym miejscu. Za chwilę dzieciaki dadzą się porwać magii teatru, zaprzyjaźnią się z Misiaczkiem, który nie może zasnąć. A ty zachwycisz się pracą realizacyjną, w tym grą aktorską i wizją reżyserki. Teatr to wspaniała podróż!

Dawid Zaraziński: Twoje pierwsze wspomnienie związane z teatrem?

Anna Nowicka*: Pierwsze, kompletnie nieuświadomione, naiwne i urocze to… spektakularne i efektowne napady bólów żołądka na lekcjach religii i geografii w podstawówce. Mój mały, prywatny teatrzyk na potrzebę chwili, na wieść o klasówce i jako argument nieprzygotowania do zajęć. Zawsze w stu procentach skuteczny.

Dziś, te kilka lat później, z dodatkowym bagażem doświadczeń – jak brzmi twoja definicja teatru? Dla mnie teatr to podróż w nieznane, często w trudne, wymagające zaangażowania i uwagi. Czym jest dla Ciebie?

Mój teatr to błogosławiona możliwość codziennego dziwienia się światu, to także nieustanna praca nad pielęgnowaniem wspomnień. Mój teatr dzieje się w życiu codziennym. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem nawiedzonym twórcą, który swój dzień zaczyna od dykcyjnej rozgrzewki i recytowania Szekspira. Choć pewnie to świetny trening, który czyni mistrza.

Życie jest więc teatrem, jak u Stachury, tylko maski coraz inne, a wszystko to zabawa?

W moim życiu scenografia niezmienna, tylko Osoby Dramatu wciąż inne…

W kwestii zaś teatralnej podróży to tak, zgodzę się, zarówno na poziomie pakowania walizek i fizycznego przemieszczania się z miejsca na miejsce jak i podróży mentalnej.

Czyli trzymając się tego porównania, reżyser jest jak podróżnik? Marynarz, który prowadzi życie od portu do portu?

Myślę, że dotyczy to każdego twórcy teatralnego: reżysera, scenografa, kompozytora. Reżyser stacjonuje w tym porcie najdłużej, przez czas trwania realizacji, więc trochę się zagnieżdża, osadza. To trudne, bo żyje się pod kloszem nierealnej rzeczywistości normowanej przebiegiem prób i spotkaniami z zespołem. Potem trzeba wrócić, to najtrudniejszy moment, bo trzeba zostawić w tyle to, co było, na chwilkę zderzyć się z betonem, by znów zatonąć w nowym projekcie.

Staram się natomiast, by nie była to – jak mówiłeś wcześniej – podróż w nieznane. Jako reżyser, zawsze staram się być przygotowana do pracy. Decydując się na realizację konkretnego tekstu, tematu oraz kontekstu, szukam, najpierw w słowach, potem między nimi, poszerzając horyzont znaczeń, czasem do granic absurdu. Jeśli coś jest niejasne lub nieznane, przyswajam to kontempluję, szukam, czytam, pytam. To pozwala mi wciąż zdobywać nowe doświadczenia i wiedzę w dziedzinach, które czasem są zupełnie obce.

Trudno jest mi uchwycić definicję teatru i być może wygłoszę zupełnie niepopularną wśród opinii publicznej teorię: teatr to praca, ciężka praca, którą bardzo lubię.

Misiaczek

W dobie popularności viralowych internetowych klipów, amerykańskich seriali i popcornowej muzyki – jest miejsce na teatr? Jak odnajduje się w dzisiejszym plastikowym świecie?

Jest, oczywiście. Każda z wymienionych przez ciebie dziedzin popkultury ma swojego odbiorcę, podobnie jest z teatrem.

Nie mam potrzeby ani misji zadowolenia świata, nie mam potrzeby zadowolenia kogokolwiek. Wykonuję świadomie i z całym pakietem konsekwencji swoją pracę. Jeśli jest dobra, znajdzie adresata. Teatr jest oczywiście bardziej wymagający, trzeba podjąć pewien wysiłek: fizyczny (by do teatru pójść), finansowy (kupić bilet) oraz intelektualny (by się z nim zderzyć, kontemplować, zrozumieć).

Chcę powiedzieć, że teatr nie jest konkurencyjny do seriali czy YouTube, jest alternatywą, ma swoje prawa i wymogi, i tak, nie jest „dla wszystkich”.

Zajmujesz się głównie teatrem dla dzieci. Wiem jak żywo dzieciaki reagują na twoje spektakle. To wdzięczna i prosta publiczność czy wręcz przeciwnie?

Wręcz przeciwnie! Im widz młodszy, tym mniej skażony konwenansem a w związku z tym jest z niego bardzo surowy krytyk. Dziecko reaguje organicznie i emocjonalnie. Trzeba wiele pracy i sposobów, by takiego młodego teatromana zadowolić. Dziecko nie da się oszukać, widzi błędy, wytyka dłużyzny, piętnuje fałsze. Ale jest też wdzięczne, bo kiedy się „podoba”, równie silnie pokazuje zachwyt, zadziwienie, całą swoja małą osóbką angażuje się w fabułę i to są dla mnie najfajniejsze prezenty.

Misiaczek

Jesteśmy właśnie po premierze „Misiaczka” w Teatrze Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach. Powiedz coś więcej o tym spektaklu. Czego dotyczy?

W wielkim skrócie: „Misiaczek” to spektakl inicjacyjny, potocznie zwany „bają dla najnaja”. Jest adresowany dla najmłodszych widzów, czyli takich od drugiego roku życia, które z teatrem stykają się po raz pierwszy. Z własnego doświadczenia (matki prawie czteroletniego Olka), wiem, że dziecko na tym etapie potrzebuje uwagi osób, z którymi się styka. W realia teatralne przeniosłam to wykorzystując zasadę spektaklu interaktywnego, polegającego na prowadzeniu dialogu z widzem. Nie jest on wtedy biernym obserwatorem, uczestniczy w prowadzeniu fabuły, w wielu wypadkach ma na nią ogromny wpływ, gdyż takich sytuacji nie da się wyreżyserować, można je antycypować, ale w rzeczywistości i tak przekracza najśmielsze oczekiwania.

W takim spektaklu aktor ma postawione bardzo trudne zadanie, ponieważ nie tylko wciela się w swoją postać, rolę, jego obowiązkiem jest czujne dialogowanie z małym widzem i prowadzenie go w taki sposób, by osiągnąć wymyślony bądź żądany efekt. Często to operacja na otwartym sercu.

W przypadku teatru dla dzieci pojawić może się pokusa moralizatorstwa. Sztuka dla dzieci powinna być zawsze opowiastką z morałem?

Są instytucje lepiej nadające się do moralizowania niż teatr. Spektakl powinien być spuentowany, powinien mieć jasną dla widza strukturę i fabułę. Na słowa „bajka z morałem” mam bardzo silną reakcję alergiczną. Każdemu twórcy, w procesie towarzyszy pewna myśl, koncepcja, intuicja, lub coś, czym chce się ze światem podzielić i na upartego można włożyć to myślenie do worka z morałami… tylko po co się tak upierać?

Lepiej więc stawiać pytania, zabierać w podróż, niż podsuwać gotowe odpowiedzi? A może jeszcze lepiej rezygnować ze wszystkich pytań i niech teatr nas zabawia, relaksuje?

Nie wiem jak jest lepiej, każdy ma swoja metodę. Można zadać to pytanie zostawiając je w próżni, można mieć w odpowiedzi wiele przeciwstawnych argumentów, można mieć monopol na prawdę… To zależy kto jest twórcą, kto adresatem, zależy od konstrukcji spektaklu, od pomysłu. Nie ma odpowiedzi, jest wieczne poszukiwanie.

Wspomniałaś swojego synka, Olka. Wiem, że podczas premiery „Misiaczka”  reagował najbardziej żywiołowo. To Twój główny krytyk?

Olek to mój jedyny motor życiowy. Nie jest krytykiem, bardzo mi pomaga, delikatnie weryfikuje, nieświadomie podpowiada rozwiązania… To bardzo miła współpraca.

Anna Nowicka

Anna Nowicka

Na koniec zapytam o twoje artystyczne marzenia. Jest coś, co chciałbyś wystawić specjalnie, albo miejsce, gdzie to zrobić?

Marzeń mnóstwo, mniej możliwości. Ale niektóre już się spełniają. Moja kolejna realizacja to „Piotruś Pan” w Teatrze Maska w Rzeszowie, bardzo ważna, bardzo osobista. Przy tej okazji mam zaszczyt współpracować z zespołem wspaniałych twórców, myślę przede wszystkim o scenografii, którą stworzył Pavel Hubička. To artyści znani, ale przede wszystkim posiadający szufladkę z wyrafinowaną wyobraźnią, którzy tekst czytają między literkami, bawią się znaczeniami, układają piękne metaznaczenia, budują nowe jakości. Tak małymi krokami spełniam swoje marzenia.

* Anna Nowicka, reżyserka teatralna. Jak mówi o sobie: „dramat ze szlachetna szramą lalkarstwa na lewym policzku” albo „reżyser bezpański i ciekaw świata”. Jej najnowszą realizację, spektakl „Misiaczek” oglądać można w Teatrze Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach.

Fotografie z „Misiaczka”: Bartek Warzecha, www.teatrkubus.pl