Wegetariańska masakra anteną satelitarną

Ogłuszający łomot bębnów. Kiedy go słyszysz, ujmując rzecz słowami księdza Natanka – „wiedz, że coś się dzieje”. To ta nawałnica dźwięków, nieprzystająca kompletnie do raczej cichego i sennego Krabi, sprawiła, że zobaczyłem jedno z najbardziej fascynujących widowisk w tej części Azji.

Potęga bębnów, siła przypadku

Bębny, i przypadek. Przypadkiem trafiłem w pierwszej połowie października do Krabi, wcześniej niż planowałem, wracając z Koh Phi Phi, która – w mojej opinii okazała się totalnym rozczarowaniem. Przypadkiem zaspałem na autobus, który miał mnie powieźć dalej. Przypadkiem szukając śniadania, usłyszałem bębny. Choć nie. To już nie był przypadek. Ich po prostu nie dało sie nie słyszeć.

Nigdy wcześniej nie słyszałem o Festiwalu Wegetarian. Później dopiero opowidział mi o nim sporo wujek Google. Ale kiedy usłyszałem odgłos bębnów, nie wiedziałem zupełnie, czego się spodziewać. To, co zobaczyłem wczesnym rankiem, było z pozoru bezsensowną, wstępną krzątaniną. Po mieście śmigały wypełnione ludźmi pick-upy i ciężarówki. Na większości siedzieli bębniarze, i to oni produkowali ten, niemożliwy do zignorowania łoskot. Na pierwszy rzut oka samochody przemieszczły sie zpełnie bez sensu. Stopniowo jednak, idąc to za jednym, to za drugim, zorientowałem się, że wszystkie te – pozornie przypadkowe – ścieżki, mają jeden punkt zbiegu. Świątynię, przed którą właśnie formował się gigantyczny korowód. Formował się, a  kiedy osiągnął masę krytyczną, ruszył przed siebie, głównymi arteriami miasta.

Jak dżdżownica, skłądająca się z powtarzalnych segmentów, tak i korowód, miał ściśle określony, powtarzalny wzór, ułożony z mniejszych grup, na które był podzielony.

Na początku każdej grupy szli „pirotechnicy” i bębniarze. Setki, jeśli nie tysiące petard powodowały ogłuszający huk, i zasnuwały ulicę dymem. Wtedy wkraczali tancerze, skacząc po eksplodujących petardach, samotnie lub w grupach, często z mieczami, flagami, lub rodzajem lektyk. W obłędnym tańcu, znaczącym ich nogawki wzorami dziur i smugami spalenizny.

Ich tropem podążali ci, którzy na obserwatorach Festiwalu zwykle robią największe wrażenie: mah song – „wierzchowce bogów”.

Makabra True Visions

Europa straciła podobne spektakle z chwilą gdy ostatnia procesja biczowników zakończyła swoj marsz przez mroki Średniowiecza. Wielkanocne widowiska pasyjne, choć stanowią ich bladą reminiscencję, nie mogą się równać z rozmachem jatek, jakie mają miejsce na przełomie września i października w chińskich społecznościach, rozsianych po niemal całej Azji.

Więc kiedy zobaczyłem pierwsze „wierzchowce bogów”, kompletnie mnie zamurowało. Pięciu czy sześciu młodych chłopców z pełnym zaangażowaniem kroiło sobie języki maczetami i toporami, a krew ściekała im po brodach, przez co sprawiali wrażenie wamirów z taniego horroru.

Albo drobny mężczyzna, z zadartą głową, dźwigający antenę satelitarną z dużym logo True Visions, jednego z czołowych lokalnych operatorów telekomunikacyjnych. Pałąk anteny przebijał jego policzek!

Ale inwencja bohaterów tego spektaklu wydawała się nie znać granic. Metalowa szpila, na której poutykane były banknoty i limonki wydawała się niemal banalna, przyćmiona przez bambusową parasolkę, wachlarz, czy gigantyczną maczetę. Wiele jest rzeczy, którymi można sobie przebić twarz na wylot.

Co ciekawe, postronny obserwator dość szybko obojętnieje, w obliczu tej „rzeźni”. Ja przynajmniej – dość szybko zobojętniałem. Kiedy już zobaczy się setkę facetów, piłujących maczetami swoje języki, sto pierwszy wydaje się nie robić żadnego wrażenia.

Przepływałem wzrokiem po kolejnych falach mah song, aż moją uwagę przykuł niepozorny Taj, niosący szafranową flagę. Przez swą zwyczajność umknąłby mi pewnie w tym festiwalu makabry, gdybym – znów kompleny przypadek – nie spojrzał mu w oczy.

Zrobiłem mu zdjęcie. Widać na nim oczy. Na fotografii senne, i jakby lekko zaćpane, w rzeczywistości wykonywały chaotyczny, rozedrgany taniec. Ludziom zdarza się to podczas snu. Psychologowie nazywają to „rapid eye movement”. Ten człowiek nie spał. Szedł przed siebie równym krokiem, a jego oczy wyczyniały dzikie harce. Wedy uświadomiłem sobie siłę doznań tych wszystkich uczestników parady. Siłę transu. Siłę religii, która jest ciągle jeszcze na tyle żywa, że jest w stanie znieść ciosy, zadawane maczetami.

Gałki oczne mężczyzny z szafranową flagą komunikowały równie jednoznacznie, jak logo na antenie satelitarnej: True Visions, True Visions…

Festiwal Wegetarian1 Festiwal Wegetarian2 Festiwal Wegetarian3 Festiwal Wegetarian4 Festiwal Wegetarian5 Festiwal Wegetarian6 Festiwal Wegetarian7 Festiwal Wegetarian8 Festiwal Wegetarian9 Festiwal Wegetarian10 Festiwal Wegetarian11 Festiwal Wegetarian12 Festiwal Wegetarian13 Festiwal Wegetarian14 Festiwal Wegetarian15 Festiwal Wegetarian16 Festiwal Wegetarian17 Festiwal Wegetarian18 Festiwal Wegetarian19 Festiwal Wegetarian20 Festiwal Wegetarian21 Festiwal Wegetarian22