Album przygód

Darek żeglował na Darze Pomorza. To ten piękny trójmasztowiec stojący przy kei w Gdyni, który dzisiaj jest muzeum. Stefan natomiast był bardziej przyziemny. Dosłownie, bo okopywał się na niejednej linii frontu. Pierwszy był moim dziadkiem, drugi pradziadkiem. A wspólnie założyli album przygód, który trzymam w swojej szafie.


Z tymi zdjęciami to było kiedyś tak, że fotografowało się najważniejsze chwile życia. Oznacza to, że szanowało się klisze, siebie i innych, którzy będą te zdjęcia oglądać. Zdjęcia w albumie, o którym mówię, nie są często aż tak przemyślane. Niektóre wyglądają na zupełnie przypadkowe, poruszone, niedobrane. Każde jest jednak podpisane imieniem i nazwiskiem, albo przezwiskiem osoby która się na nim znajduje, śmiesznym komentarzem, czy też krótkim opisem sytuacji, w jakiej zostało zrobione. Bo ten album, nie zawiera zdjęć z pożal się boże wycieczki turystycznej. To album największej przygody w życiu mojego dziadka i pradziadka. Pierwszy przepłynął ocean Atlantycki na żaglowcu, drugi wojował.

Darek żeglarz

Darek skończył morską w Szczecinie i dlatego też odbył rejs szkoleniowy na Darze Pomorza. Nie wiem, gdzie jest to zdjęcie, ale pamiętam że miał takie, na gigantycznym żółwiu. Gdy potem czytałem przygody Tomka Wilmowskiego z cyklu napisanego przez Alfreda Szklarskiego, to główny bohater miał dla mnie posturę mojego dziadka.

Album wygląda z zewnątrz nieciekawie, co prawda jest profesjonalny bo tekturowy, z kartkami bibuły pomiędzy zdjęciami, nie tak jak te chińskie albumy kolorowe z lat dziewięćdziesiątych. Urok traci w moich oczach przez pozłacanego bażanta na gałęzi, wytłoczonego na ciemno-zielonej okładce. W takim albumie te najstarsze babcie trzymają zwykle swoje zdjęcia z wyjazdu do Częstochowy.

Mój dziadek zaczyna od zdjęcia Daru i podpisie na redzie Gibraltaru. A potem już się tylko rozrkęca i snuje opowieść. Bo wydaje się mi, że dziadek doskonale wiedział, co robi naklejając te zdjęcia w takiej a nie innej kolejności. Lubię myśleć, że w ten sposób napisał opowieść o sobie dla mnie. Nigdy nie poznałem dziadka i to jedyny sposób, w który mówi, abym wiedział, że nie był żadnym lebiegą, ciamajdą, tylko chłopakiem co łapał wiatr w żagle. Na pierwszej stronie jest jego zdjęcie, a w tle skała i biały podpis: zęby smoka.

P1060519

Buja znaczy, że płynie.

Wraz z bracią żeglarską zwiedza Gibraltar. Pięknie ubrani dotykają nóżek królowej Wiktorii, chadzają po parku-dżungli, czy w sześciu gnieżdżą się na ławie pod palmą, gdy dwie ławki dalej, siedzi fajna dziewczyna.

Po Gibraltarze zaczyna się najciekawsza opowieść tego albumu: Atlantyk. Wszystkie te chłopaki mają na sobie jedynie majtki i czapki. Wyglądają prześmiesznie ciągając w tym stroju liny, mierząc swoją siłę, wytrzymałość. Przechodzili chyba równik, bo to wygląda jak chrzest. Muszą zeżreć na czas chleb z marmoladą z talerza bez użycia rąk, biec z jajkiem w zębach po pokładzie, albo skakać w workach z UNRRA (Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy), która to pomagała Polsce odbudować się po wojnie.

Atlantyk. Kapela na pokładzie gra, jest gitara, jest harmonia. A potem zaczyna się prawdziwa przygoda, czyli rozbujany ocean, nicowanie kiszek, prawdziwa huśtawka, najfajniejsza zabawa, przechyły, sztormiaki, praca przy linach, nagielbankach. Dziadek śpi w hamaku, a potem będzie uczył ojca, że jeżeli ma korzystać z niego, to najwygodniej spać na skos, byle nie jak obwarzanek.

Pływa po Biskajach, do Göteborga, w końcu dopływa do Wałów Chrobrego w Szczecinie. Jak skończył szkołę morską, to dostał się na inną jednostkę. Zobaczył tylko rufę statku odpływającego w siną dal. Koszmar marynarza. Później już nie wsiadł na inny pokład. Musiał się zadowolić żeglugą śródlądową, rzeczną. A wszystko przez jego ojca, mojego pradziadka, którego jestem imiennikiem… Stefana.

P1060526

Chrzest na Atlantyku.

P1060517

Dziadek w hamaku.

Stefan wojak

Zdjęcia w albumie z bażantem, chociaż teraz jak na niego patrzę, wydaje się mi bardziej podobny do głuszca, tak czy inaczej zdjęcia mojego pradziadka w albumie z ptakiem, zaczynają się od roku 1916.

P1060512

Las pradziadka.

Mamy tam takie miejscowości jak Ossa, Koziany, które teraz leżą na Białorusi. Jest ściana lasu i żołnierze 72 pułku piechoty, którzy defilują przed dowódcami, takimi jak: kapitan Bekker, generał Żyliński, generał Pobiengut, generał Hurpotow, czy wreszcie starszy porucznik Wroński, mój pradziadek. Oprócz jego dowódców, przyjaciół czy kumpli od karabinów jest fotografia szkotów z angielskimi życzeniami „best Easter greetings to our gallant comrades”, są zdjęcia „lisich nor”, w których żołnierze mieszkali zimą, pogrzebów, cmentarzy polowych, albo wyciętego bombami lasu.

P1060503

Chłopaki od moździeży.

Jest też zdjęcie po bitwie, trzech facetów leżących na powalonych drzewkach, szukających marnego cienia pod rozłożonym płótnem.

Pięciu braci

Mam tam też swoje ulubione zdjęcie w albumie dziadków. Przedstawia pięciu braci Wrońskich.

Od prawej u góry: Andrzej, Stefan. U dołu: Borys, Mateusz, Lucjan.

Od prawej u góry: Andrzej, Stefan. U dołu: Borys, Mateusz, Lucjan.

Najstarszy Borys jako jedyny w rodzinie był statecznym kupcem. Handlował suknem i mieszkał w Moskwie. Jak zaczęła się rewolucja to zamknął interes i przeprowadził się do Supraśla.

Mateusz skończył geodezję i jeździł po Rosji jako kartograf. Osiadł w guberni staropolskiej. Miał tam majątek ziemski. Po rewolucji przeprowadził się do poznańskiego. Miał syna Aleksandra, który walczył pod Monte Cassino. Chłopak dowodził… mułami, które przewoziły broń w pod klasztorną górę. Wspominał o nim Wańkowicz w „Bitwie pod Monte Cassino”. Podobno Aleksander siedział z Melchiorem w namiocie przed bitwą i popijali wódeczkę. Nagle Aleksander wstał i stwierdził, że coś jest nie tak i musi wyjść. Gdy tylko to zrobili, namiot trafiono bombą. Uratowali swoje życie.

Andrzej był w lotnictwie. Nie wiem czy był pilotem, bo wtedy jeden prowadził samolot, a drugi ręcznie zrzucał ludziom na głowy bomby. Tak czy inaczej jego samolot zaginął. Wtedy jeszcze lotnictwo było wymysłem szalonych ludzi. Armia rosyjska składała się głównie z artylerii i piechoty. Na przykład mój pra-pra-pra dziadek Karol, był generałem w armii rosyjskiej. Ganiał po lasach lublińskich powstańców styczniowych, wtedy jeszcze o tym mówił jako o ruchawce na ziemiach polskich. Miał do dyspozycji 160 armat, ponad trzy tysiące piechoty wraz z ciurami, oraz stu kozaków i osiemdziesięciu czerkiesów na koniach. Za zasługi dla cara został gubernatorem Briańska i nadano mu Lasocin w Polsce.

Lucjan był dziwakiem i najukochańszym bratem mojego pradziadka. Do kościoła chodził na złość swojej bogobojnej mamie, tylko w poniedziałki. Proboszczów nie lubił, bo uważał że pasibrzuchy. W zasadzie nic nie robił. Żył z wyprzedaży majątku odziedziczonego po swoim dziadku Karolu w Lasocinie. Prenumerował magazyn Wędrowiec i któregoś razu zobaczył zdjęcie dżentelmena jeżdżącego po Alpach na welocypedzie, pierwotnym rowerze bez łańcucha i hamulców. Zachorował na niego z miejsca. Wysłał zaliczkę do Francji i po niedługim czasie przysłali mu ustrojstwo. Po lasocińskich wertepach jednak szło mu marnie, zwłaszcza że wioskowe baby bardzo się go bały na tym nieżywym koniu na dwóch kółkach. Postanowił zatem wziąć swój welocyped i na nim to zwiedzić Alpy, tak jak to było pokazane w Wędrowcu. Wybrał się. Niestety nie wiemy jak skończyła się ta historia. Na pewno wiemy, że wrócił stamtąd już bez roweru.

Lucjan kazał się też wozić po syberyjskiej rzece Jenisej. Opowiadał jak to dyskutował z Ewenkami. Podobno polegało to na tym, że taki tubylec długo mówił coś do stryja Lucjana, a ten na końcu tylko odpowiadał. Da! Przychodziła kolej na stryja, który też długo opowiadał coś swojemu towarzyszowi podróży, a ten na końcu odpowiadał mu tym samym. Da! Nikt nikogo nie rozumiał i jednocześnie rozumiał doskonale.

Stryj miał też przygodę ze szmuglem dywanów perskich. Pradziadek Stefan został pewnego razu wezwany do swojego rosyjskiego dowódcy. No to siadajcie! No to pradziadek usiadł. Myśli sobie, że dobrze, nie będą opieprzać, skoro pozwalają skorzystać z krzesła. A brat u was jest? – pyta się dowódca. A jest i to niejeden – Odpowiada pradziadek. Acha – przekłada papiery. – A Lucjan? A jest. A urlop u was jest? – pyta się dowódca. – Jest. Na dwa tygodnie do domu mam zamiar wykorzystać. – Dobrze się składa. No to wykorzystacie, by pojechać do Czyty. – A dlaczego? – Bo brat w więzieniu siedzi. A wiecie wy, gdzie Czyta leży? – Nie. – Za Bajkałem, pod Kitajską granicą. – A co mój brat tam robi? – A ja nie znaju.

Pradziadek pięć dni w jedną stronę jechał. Okazało się, że Lucjan próbował przez zieloną granicę przewieźć wspomniane dywany. Pograniczycy go złapali i wsadzili do paki. Powołał się jednak na brata oficera, aby go lepiej w ciupie traktowali. Jak pradziadek dojechał, to brata wyciągnął. Pięć dni wracali. Stefan przez całe trzy, opieprzał swojego młodszego brata Lucjana. Aż mu przeszło.

Mój pradziadek siedział w więzieniu, jak jego syn żenił się z moją babcią. Jedyny na ślubie z rodziny był stryj Lucjan. Pradziadek Stefan siedział w więzieniu za to, że wojował w lasach przeciwko Niemcom podczas II wojny światowej i po wojnie jeszcze nie dał się wygonić z lasów. Po śmierci Stalina otrzymał nawet za to karę śmierci. Łącznie przesiedział sześć lat w polskiej ciupie. Jego synowi, Darosławowi żeglarzowi zabroniono pływać po morzach, bo ojca miał takiego jakiego miał.