Po Martynice najlepiej podróżuje się wynajętym samochodem. Trzeba dużo wcześniej zamówić sobie pojazd drogą internetową. Ale jeżeli interesuje nas Was coś bardziej spontanicznego, możecie spróbować autostopu. Za każdym razem gdy jadę na wyspę Kolibrów, wybieram tę drogę poruszania się.

 

Sama wyspa nie należy do najtańszych, ale jak mądrzejsi ludzie mówią za raj trzeba płacić. Te i inne ciekawostki o Martynice obejrzycie w moim nowym filmie. Zobaczcie jak głośno sapię, wchodząc na drzemiący wulkan, najwyższy szczyt Karaibów, postrach pobliskiego Saint-Pieree – Mount Pelee.

 

Bajkał i dwaj rowerzyści – zdjęcia

 

Rowerem po Bajkale

Rowerem po Bajkale

Syberyjskie morze i dwóch rowerzystów

Syberyjskie morze i dwóch rowerzystów

Bajkał w marcu jest jeszcze zamarznięty.

A skoro jest zamarznięty, można po nim jechać. Robią tak kierowcy (skracając sobie niekiedy trasę), a także ostatnio Piotr Bocian Filipkowski i Łukasz Białas.

A skoro jest zamarznięty, można po nim jechać. Robią tak kierowcy (skracając sobie niekiedy trasę), a także ostatnio Piotr Bocian Filipkowski i Łukasz Białas. Tylko, że oni wybrali dwa kółka i jadą około tysiąc kilometrów rowerami.

Śpią w namiotach.

Śpią w namiotach.

 

Rowerem po Bajkale

Bocian już testował siebie podczas podobnych wypraw. Tutaj rowerem po wschodniej Polsce. Podobno mu się podobało.

Cóż, może rzeczywiście grubość lodu nie jest najistotniejsza w tym, moim zdaniem, szalonym pomyśle, ale są i inne przeszkody. Choćby temperatura, która nierzadko spada do minus trzydziestu stopni Celsjusza. Rok temu podróżowałem rowerem przez osiem dni, przy minus osiemnastu stopniach i spałem w namiocie. – Wtrąca Bocian. I dodaje uspokajająco. Nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie.
Lecą do Moskwy, potem do Irkucka. A stamtąd do Listwianki. Będą jechać z wiatrem na północ do Siewierobajkalska. Swoją rowerową przygodę skończą na zachodnim brzegu północno-wschodniego krańca jeziora. I stamtąd już pociągiem do Irkucka ponad osiemset kilometrów.

Aby było ciepło

Liczą, że dziennie będą pokonywać około pięćdziesięciu kilometrów. Z pewnością będą etapy, w których nie obejdzie się bez pchania rowerów. Bo na Bajkale tworzą się tzw. torosy (spiętrzenia lodu powstałe w wyniku pracy lodowej pokrywy). Do tego dodajmy hulający wiatr po ogromnym, niczym nie osłoniętym obszarze. I śnieg. Dużo śniegu.
Biorą ze sobą kuchenkę wielopaliwową. Benzyna jest wygodniejsza od gazu. Można ją kupić wszędzie i trzymać nawet w butelce plastikowej. Na mrozie potrzeba więcej energii, aby ogrzać tę samą ilość cieczy. Normalnie wystarcza mi litr benzyny na półtora tygodnia. – Tłumaczy Bocian. Na Bajkale będziemy potrzebowali ponad pięć litrów. Potrzebna jest też aluminiowa osłona przeciwwiatrowa, składana w harmonijkę. Ważna jest podstawka, aby odizolować palnik od ziemi.

Planują poranki z owsianką, albo jaglanką. Po drodze są wioski, więc warto spróbować omula, endemicznej ryby występującej w Bajkale. W ciągu dnia będą bazowali na przekąskach. A główny posiłek z żywności liofilizowanej jadać będą wieczorami. Wtedy też zaleją płatki owsiane na śniadanie, które trzymać będą w nocy w termosach. A rano wodę zagotują jedynie na herbatę.

Dwa kółka na Bajkał

Kuchenka na benzynę. Do tego aluminiowa osłona. W zimę potrzeba 2-3 litrów benzyny na półtora tygodnia użytkowania.

Przygotowanie roweru na taką wyprawę wymaga doświadczenia i wiedzy. Wybrali rowery typu semifatbike na blisko trzy calowych oponach. Rowery oczywiście bez zbędnego, na płaskiej powierzchni jeziora, amortyzatora. By jak najmniej części mogło się zepsuć podczas drogi. Szerokie opony, stalowa rama, aby w razie potrzeby można ją było spawać w każdej wsi. Gdyby nie mieli opon z kolcami, mogą liczyć na rowerową wywrotkę. Problemem jest, waga takich opon. Można obejść się bez kolców, regulując ciśnienie w oponach. – Mówi Bocian. Rower jest wtedy stabilniejszy, chociaż ma większe opory i mimo wszystko wciąż istnieje spore ryzyko wywrotki.

Spanie na brudasa

Podczas takiej wyprawy higiena schodzi na drugi plan. Ma ją zapewnić dezodorant w sztyfcie i nawilżane husteczki. Oby tylko nie zamarzł. Zwykle na noc przebieram się w czysty komplet odzieży termoaktywnej, jednak nie wiem czy w tych warunkach, starczy mi samozaparcia, żeby przebierać się na takim mrozie. Spać będę w odzieży termoaktywnej, którą nosiłem w ciągu dnia. – Tłumaczy mi Bocian. Podczas wcześniejszych podróży rowerem zimą przebierałem się, ale w tak mroźnych warunkach to dość uciążliwe. Wręcz tortura.

Samo przygotowanie spania to prawdziwa sztuka. No bo weźmy już choćby rozbicie namiotu na jeziorze. Wybrali samonośny, ale biorą do niego komplet sześciu śrub lodowych. Będzie dzięki temu stabilniejszy.
A potem zostało już tylko przygotowanie sobie posłania. O taka poduszka… Codziennie świeża, z reszty dziennych ubrań upchniętych do pokrowca na śpiwór. Sam śpiwór jest wypchany puchem polskiej gęsiny. Wytrzymuje do -32 stopni Celsjusza i zapewnia komfort. Waży 1700 gramów. Ale to nie wszystko. Do śpiwora wkładka, dzięki której sam śpiwór się nie ubrudzi i nie zapoci. Do tego dorzucić należy płachtę biwakową. Służy do zabezpieczenia śpiwora przed kondensacją pary wodnej. Zawilgotniały puch nie izoluje dobrze. Najpierw wchodzę do wkładki, potem do śpiwora, który uprzednio umieściłem w płachcie. – podsumowuje Bocian. Ważną sprawą jest mata. Osobiście używam mataraca z primaloftem (tzw. sztuczny puch). Czterosezonowy. Można mieć najlepszy śpiwór, ale kiepską matę i będzie człowiek marzł.

Czego obu panom nie życzymy. Powodzenia w wyprawie.

Bocian ze swoją mamą. Przygotowują zapasy na wyprawę.

Bocian ze swoją mamą. Przygotowują zapasy na wyprawę.

Rowerowa wycieczka po Bajkale

Kto cię zainspirował do takiej wyprawy?

Piotr Bocian Filipkowski: Taką trasą przejechał Jakub Rybicki z kolegą. Swoją wyprawę zrelacjonował w książce Po Bajkale. Czyta się szybko i lekko. Poza tym była rowerowa sztafeta na skautowe jamboree, zorganizowana przez związek harcerstwa polskiego, której jednym z etapów był właśnie zamarznięty Bajkał. Czytałem także książkę W Syberyjskich lasach, Sylvaina Essona. O kilkumiesięcznym odpoczynku autora od cywilizacji i pobyciu samym z sobą nad syberyjskim morzem.

Nie boisz się?

To nie taki znowu koniec świata. Są tam co prawda miejsca, w których nie ma zasięgu i cywilizacji, ale są też nad brzegiem jeziora wsie, stacje meteorologiczne, dacze czy zimowia. A tam ludzie są pomocni.

Nie ludzie mnie martwią, a przyroda?

Na pewno nie obejdzie się bez pchania rowerów. Huraganowe wiatry to nie mit a fakt i duża uciążliwość. Do niedawna pracowałem w Chorwacji i doświadczyłem silnych wiatrów, zwanych lokalnie Borą. Podczas nich odczuwalna temperatura spada do minus piętnastu stopni, przy minus pięciu na termometrze. Co dopiero będzie tam, na wschód.

Prawdziwa Syberia.

Najważniejsze by pamiętać o tym, aby nie odwodnić się. W zimnym środowisku człowiek poci się mniej, więc nie odczuwa pragnienia tak szybko, a jak już odczuje, zwykle jest już w jakimś stopniu odwodniony.
Przy wyborze i ilości ubioru w taką podróż należy znaleźć balans między wagą, a objętością i faktyczną potrzebą rzeczy do zabrania. Nie sztuka coś wziąć, jednak przestrzeń na rowerze nie jest z gumy.
Każdy bierze po cztery sakwy. W sumie będzie to dziewięćdziesiąt litrów na głowę. Takie rzeczy jak pasta do zębów, woda, elektronika trzeba trzymać pod kurtką przy ciele bo zamarzają.

Gdzie można będzie poczytać o waszej wyprawie? Macie w planach blog, instagram?

Nie. Na co dzień nie jesteśmy w takich miejscach, więc po co? Nie potrzebujemy wrzucać zdjęć. Nie leży to w naszej naturze. Według mnie cykanie fotek i podróż zaplanowana co do minuty, odbiera wolność, gdy z tyłu głowy kołacze myśl, że trzeba zrobić kolejne zdjęcie. Dużo wtedy umyka. Dlatego też nie szukaliśmy sponsorów. Mając bat w postaci zobowiązań, nie cieszylibyśmy się tak z tej wycieczki.

Wycieczki?

No tak, bo jaka to tam wyprawa.

Jeżeli jednak zrobicie zdjęcia z tej waszej wycieczki to przyślijcie do nas. Opublikujemy na Parabuchu.

Po ambrozję do Słowenii

Jako rodzynek w towarzystwie prowadzę i wprowadzam kilka zasad. Gdy nie narzekamy – nie żyjemy. Gdy narzekamy za bardzo – idziemy na spacer. Najlepiej z Zochą. I najważniejsze. Zatrzymujemy się co trzy godziny. By rozprostować nogi. By poruszać się. By droga, nie była tylko drogą.

Stary chłop niesie wiekową babę w wiklinowym koszu. Jest spocony. Zmęczony. Ale zdeterminowany. Staje w kolejce. Kobiecina trzęsie się. Biadoli. Na pewno narzeka. Nie przyszła na własnych nogach. Została zmuszona.

Złapać zimorodka

Czteroosobowy namiot, my, a przede wszystkim Zocha, swój noclegowy chrzest przechodzimy pod czeską Ostrawą. Karolina wypatrzyła jezioro i las. Dojazd polną drogą. Ciemna noc. Gwiazdy migoczą. Zwierzęta wyją, huczą, szeleszczą. Wjeżdżamy. Reflektory rozpraszają mrok. Coś tam jest? –  Ktoś tam jest? – Precyzuje z tylnego siedzenia Monika. Boi się Zocha. Wyłania się dziewczyna. Mieszka w drewnianym domku. Bez prądu i bieżącej wody.

Okazuje się, że jesteśmy w bardzo szczególnym parku. Takim co rozciąga się wokół gigantycznych stawów rybnych. Nadbrzeże zakrzaczone. Pokrzywy po pas. Mnóstwo trzcin. Kąpać się pod rozgwieżdżonym niebem nie ma możliwości. Ale są ptaki, dzikie zwierzęta. Odgłosy nocy. I jest cywilizacja. W postaci najszlachetniejszej… Morawskiego białego wina. Dobre towarzystwo. I pierwszy w tej podróży pijacki sen. A potem niezwykły poranek, podczas którego razem z Zochą odkrywamy tajemnice ornitologów, do których trafiliśmy.

Zimorodek w siatce rozłożonej przez czeskich ornitologów

Zimorodek w siatce rozłożonej przez czeskich ornitologów

Żeby złapać zimorodka, trzciniaka, czy budzika (tak Czesi nazywali maleńkiego ptaszka, który śpiewa jak nakręcony zegarek) należy rozłożyć długą na sto i szeroką na trzy metry delikatną siatkę. Ciągnęła się wzdłuż trzcinowiska i to w nią wpadają ptaki. Potem trafiają na stół naukowców. Tam je mierzą. Liczą pióra. A w końcu nakładają obrączki. Do tej starej, zapuszczonej chatki pod Ostrawą na te stawy przyjeżdżają różnego rodzaju ptasi pasjonaci. Pomagają. Wspierają. Gotują. I obserwują. Na przykład liczną rodzinę bociana czarnego. Osiem ptaków poluje na przeciwległym brzegu jeziora od świtu do południa.

Sama by nie przyszła. Ale to nie koniec jej walki. Zna słabości męża. Jest chytra. Wie jak go podejść. Co i kiedy powiedzieć. Gdzie wbić szpilkę w jego dumę. Jak zagrać na męskim ego. Co zrobić? Aby zawrócił. Mężczyzna jest niewzruszony. Nie wybucha. Nie unosi rózgi. Jest zdeterminowany. Kobieta mdleje. Wie co ją czeka.

Święte miejsce w laickim kraju

Młoda kobieta żeni się z wdowcem. Babka rodzi mu syna. Ale jest też drugi syn, z pierwszego małżeństwa mężczyzny. Co robi macocha? Prowadzi pierworodnego na skraj przepaści. Zrzuca go. Chłopakowi jednak udaje się złapać gałęzi. Wraca do domu. Czyn kobiety wychodzi na jaw. Wieśniacy po swojemu wymierzają sprawiedliwość. Spychają w tą samą przepaść. Od tej pory nosi imię Macochy. Na jej dnie jest wyjście z jednej z najpiękniejszych jaskiń w Czechach – Punkva. (rezerwacji odwiedzin jaskini można dokonać za pomocą adresu – info@caves.cz)

Gdy stanąłem na dnie wąwozu i popatrzyłem w górę, miałem to samo wrażenie, które dotyka mnie, gdy idę do starego kościoła. Czuje, że jestem w miejscu świętym, otoczony murami przesiąkniętymi prośbami, modlitwą, kadzidłem. W przepaści Macochy mówi się szeptem. Aby nie obrazić swym przybyciem uczuć natury, która milionami lat wyżłobiła takie cudo.

Boski pępek

Za najpiękniejsze jezioro w Słowenii uchodzi Bled. Zapiera dech w piersiach. Klasztor na tamtejszej wyspie niemal wynurza się z iskrzącej wody. A ta jest czysta niczym potok górski. Środek sierpnia, upał, a nam coś dolega. Czy to konfrontacja rzeczywistości z oczekiwaniami, czy może ludzka masa, która trochę nas wystraszyła? Nie zastanawiamy się. Szybko ruszamy dalej. No a dalej jest pępek.

Panorama jeziora Bohnijskiego

Wyobraźcie sobie boską istotę. Leży sobie plackiem na Ziemi. Gdzieś ma stopy, gdzieś po drugiej stronie głowę. A pośrodku swojego nażartego brzucha musi mieć pępek. Jak na boską postać przystało nie znajdziecie w nim paproszka. Ten czyściutki boski pępek, można by zalać wodą, a wtedy wyglądałby jak jezioro Bohinjsko pół godziny od bratniego Bled. Wodę tego koloru i przejrzystość spotkałem tylko przy niektórych plażach morza Karaibskiego. Coś podobnego widziałem skacząc ze skał przy Jamajce, ale i tak takiego błękitu nie spotkałem.

Zocha na tle świtu jeziora Bohinj w Słoweni

Zocha na tle świtu jeziora Bohinj

Zostaliśmy tam na noc. Niebo nad nami zaklęte w lustrze tego jeziora. Gwiazdy spadały. Rano spowiła nas mgła. Kąpiel na golasa.

Kobieta się boi. Chłop jednak uparty. Wystał w kolejce. Wkłada babę w machinę. I jeszcze płaci. Ale czym? Skoro jest na tyle biedny, że przyniósł kobietę na własnych plecach. Jak muł jakiś. Na pewno chodzi o duszę. Właścicielem machiny musi być diabeł. Tylko co jest warte zaprzedania duszy diabłu? Co w jego starej, obolałej i narzekającej babie jest dla chłopa wartością największą?

Bar na rogu

Nie ma brzydkich miejsc w Słowenii. Bo przecież mogę opowiedzieć Wam o zadbanych miasteczkach i wsiach. O czystych rzekach. O pięknej stolicy, z lekko przesadzoną ilością sierpniowych turystów. O hostelu w Lublanie, który zaprojektowano w starym więzieniu. W końcu o betonowej plaży w Piranie, mieście, do którego nie mogą wjeżdżać samochody. Ale ja bym chciał opowiedzieć o Korner Barze (adres: Via Simon Gregorčič 30, 6330 Piran – Pirano). Bo w Piranie jest mnóstwo restauracji. Większość tych najpiękniejszych jest z widokiem na lazurowe morze. Korner Bar jest jednak na skrzyżowaniu wąskich uliczek w drugim szeregu budynków. Wewnątrz ma jeden stolik, przy którym nikt nie chce siedzieć. Na zewnątrz cztery – sześcioosobowe ławy i dwa dwuosobowe stoliki. W tym barze nie można zamówić sobie czegokolwiek. Kelnerka podejdzie i wyjaśni, że dzisiaj jest to i to. No i jeżeli się chce, to się zje. Jak nie? Można sobie pójść, nikt tu się nie śpieszy i nie nalega. Zamówienie dania też nie jest gwarancją, że dostaniemy posiłek w ciągu najbliższych minut. Może być tak, że szef kuchni wyjdzie sobie na trochę ze swojej jaskini. Bo na przykład musi odpocząć, albo coś na mieście załatwić. Wtedy radzę cierpliwie poczekać i zamówić drugą butelkę słoweńskiego wina. W końcu przyjdzie, a to co nam poda na stół, będzie prima sort. Jedne z najlepszych owoców morza jakie jadłem za niewielkie pieniądze.

Winnica Czarnego

Tam gdzie Słowenia graniczy z Czechami, Węgrami i Chorwacją są winnice. Podjechaliśmy do pierwszej, którą znaleźliśmy na specjalnej mapie przy drodze.

Słowenia słynie z wina. Rośnie tam najstarszy szczep, który wciąż owocuje

Słowenia słynie z wina. Rośnie tam najstarszy szczep, który wciąż owocuje.

WhatsApp Image 2018-09-15 at 08.54.02 (1)

Trafiliśmy do pana Czarnego. Dziewczyny poprawiły swoją urodę. Czasem perliście się zaśmiały na jego żart. Miał w sobie coś nieokreślonego, niespokojnego co mogło się podobać. Tego typu energię, która zaraża.

Usadowił przy stole. Przyniósł okrągły chleb, smalec, kiełbaski, wędliny. Wszystko robione przez niego lub sąsiadów. No i jego wino. Nakupowaliśmy się do granic miejsca w samochodzie. Dostaliśmy także kilka butelek w prezencie, a na koniec sfotografowaliśmy się z nim, w towarzystwie butelki miejscowego wina musującego, które to trzy lata leżakuje na dnie oceanu. Koniecznie odwiedźcie Czarnego.

Winnica pana Crnko w Słowenii

Chłop sprzedał duszę za młodość swojej kobiety. Ta maszyny odmładza baby. Nadawała im gibkości i sprężystości. Kto wie? Może wraz z utratą starości, tracą cechy, które z wiekiem często narastają w człowieku, złośliwość, niezrozumienie. Może z młodością przychodzi też naiwność, ta wspaniała, która jeszcze pozwala patrzeć na świat oczami zdziwienia.

Słoweński miód

W drodze do Lublany zatrzymaliśmy się przed czyimś domostwem. Chciałem zobaczyć ule, które tworzyły jednolity blok, przykryty spadzistym dachem.

WhatsApp Image 2018-09-15 at 08.54.03 (1)

Wyszedł właściciel. Opowiedział o pszczołach, o swoim życiu, o zdobnych drzwiach swojego domu, o Indiach i o powodzi, która miała miejsce dziesięć lat wstecz. Dostałem w prezencie miód od jego pszczół. Ale tam nie było kwiatów. Stworzyły go z iglastych drzew, które gęsto porastały okoliczne wzgórza. Wsadziłem palec do słoika. Spróbowałem. Był ciepły. Miał smak lasu. A ja zdałem sobie sprawę, że ambrozja, pokarm bogów, zaklęta jest w ten oto słoik. Zakochałem się.

Tradycyjny obraz na słoweńskim ulu

Tradycyjny obraz na słoweńskim ulu

Czy nie jest piękny ten gest? Mężczyzna oddaje swoją duszę dla młodości swej kochanej kobiety. Tylko co stanie się potem? Wdzięczność niewiasty. Chciał oszukać życie. Wydaje się mi, że oszukał, ale siebie.

WhatsApp Image 2018-09-15 at 08.54.08 WhatsApp Image 2018-09-14 at 22.25.27 (7) WhatsApp Image 2018-09-14 at 22.25.27 (3) WhatsApp Image 2018-09-14 at 22.21.37 (8) WhatsApp Image 2018-09-14 at 22.21.37 (6) WhatsApp Image 2018-09-14 at 22.21.37 (1) WhatsApp Image 2018-09-14 at 22.18.19 WhatsApp Image 2018-09-15 at 08.53.57 (1) WhatsApp Image 2018-09-14 at 22.25.27 (4) WhatsApp Image 2018-09-15 at 08.54.00 WhatsApp Image 2018-09-14 at 22.18.19 (5)

Stefkowe sceny – Valetta, Malta

Królika zabija się tak, aby nie czuł strachu. Gdyby ktoś podniósł mnie za nogi, pewnie bym się zestresował, ale według rodowitej Maltanki, takie rzeczy nie dzieją się z królikami. Podnosi się je za tylne łapy i mocno uderza w łebek od tyłu. (więcej…)

Stefkowe sceny – Triest

Triest warto zobaczyć od strony wody bo wygląda jak bogata przystań, dla wszelkiej maści awanturników, na których, zaraz po opuszczeniu murów czeka przygoda. Gdy się wejdzie w czyste i dość szerokie uliczki, przypomina mi miasta niemieckie. Może dlatego, że niedaleko jest do granic Austrii i wpływ jest wyraźny. Czytałem, że konkurował z Wenecją i aby nie podporządkować się bogatej Republice, oddał się pod opiekę habsburskiego księcia Leopolda III w XIV wieku.

Triest warto zobaczyć

Lubię spotykane na mojej drodze rozwiązania urbanistyczne, polegające na otwarciu dużych placów na morze. Tak jest w Lizbonie, ale i w Trieście. We włoskim mieście Brindisi są za to szerokie schody ku wodzie. Piazza Unita d’Italia w Trieście jest największym placem w Europie otwartym na morze. W 2016 roku tutaj odbył się koncert Iron Maiden, na który przyszło 15 tysięcy fanów. W jednej czwartej placu znajduje się prześliczna fontanna, a jak ja byłem to jeszcze zlot starych samochodów.

Plac w Trieście

Fontanna w Trieście

Niedaleko placu jest Bar Stella, w którym napić się można rzemieślniczego piwa Cimbra. To kolejny dowód na wpływ Austrii na Triest. Takich rzemieślniczych browarów mają tu na każdym rogu. Stella jest ciasna, trochę duszna i zaniedbana – wspaniała. Na ścianach zdjęcia z największych wydarzeń w Trieście np. potopów. I co tydzień koncert, często jazzowy i bluesowy.

Bar Super Stella w Trieście

Muzeum Orientu

Na przeciwko Stelli jest Civico Museo d’Arte Orientale. Triest jest wolnym miastem. Teraz oznacza to, że handel morski objęty jest tu niższymi podatkami. Kiedyś z Triestu wypływały statki do Azji. Wracały wyładowane wszelkimi dobrami, które wędrowały przez Austrię do Europy Środkowej i Wschodniej. Triest bogacił się na tym. A ściany i półki miejscowego establishmentu obrastały w przywiezioną orientalną sztukę.

Civico Museo d’Arte Orientale

Zebrała się z tego spora kolekcja, która trafiiła do muzeum a jej perłą w koronie jest drzeworyt Hokusajego.

Malarz Hokusai

Hokusai jest twórcą japońskich drzeworytów w stylu ukiyo-e. Jego prace wpłynęły na impresjonistów, zwłaszcza Cloude Moneta. Sceny rodzajowe, natura, a nawet manga. W Trieście znajduje się obraz Wielka fala w Kanagawie z cyklu 36 widoków na górę Fuji.

Starzec opętany malarstwem

Hokusai o sobie

Załamująca się, przytłaczająca fala jest namalowana na tle ogromnej góry Fiji, która tutaj jest maleńka.

Wielka fala w Kanagawie z cyklu 36 widoków na górę Fuji

 

Patrzę na ten obraz i pytam sam siebie, co tu jest naprawdę ogromem? Wspaniała góra, czy może jednak ta fala, która ma siłę roznieść statek w strzępy. Płynę przez Morze Śródziemne. W nocy pogoda sztormowa, 7 w skali Beauforta. Fala rozbija szyby restauracji naszego statku, w drzazgi łamie meble stojące na burcie: leżaki, stoliki, ławy. Roznosi też prawy reling. Jestem zmęczony, poganiają mniej oficer i bosman. A ja nie mogę odwrócić się od wznoszącej się za burtą fali. Piętrzy się i już mnie przewyższa. Załamie się nade mną, czy uniesie statek i poniesie na Zachód?

Gdyby niebiosa podarowały mi jeszcze dziesięć lat (…)Gdyby podarowały mi chociaż pięć dodatkowych lat życia, zostałbym prawdziwym artystą

Hokusai, dożył osiemdziesięciu ośmiu lat. Tworzył nieustannie.

 

Adresy:

Givico Museo d’Arte Orientale, via San Sebastiano 1, Triest

Super Bar Stella, via Punta del Forno 1, Triest

Stefkowe sceny – Wenecja

P1530508Zwiedzanie WenecjiP1530508Dopiero gdy wpłynąłem do głównego kanału mgły ustąpiły, jak kurtyna w teatrze ukazały niezwykłą scenografię. W zasadzie to mi wszystko jedno gdzie byśmy zacumowali, czy przy parku nad samą wodą, czy też obok przepięknego włoskiego żaglowca – Amerigo Vespucci, czy może przy samym placu Świętego Marka. Spokojnie przepłynęliśmy przy wszystkich tych kamieniczkach, skrywających hotele, restauracje, biura projektowe, obiekty turystyczne, wejścia do kanałów, mostki i ten Westchnień także. Przepłynęliśmy obok i kto tylko mógł był na burcie, wpatrzony w widok sunącego miasta na wodzie. Zacumowaliśmy zupełnie z boku, w zasadzie w miejscu, w którym Wenecja już się kończy. Niedaleko wielkich wycieczkowców, tuż obok jachtu jakieś przebogatej pani, która będąc kelnerką, podała drinka milionerowi, zakochał się w niej i odmienił jej życie. Zacumowaliśmy na przeciwko liceum o profilu projektowym, w dzielnicy Dorsoduro pełnej sklepów papierniczych, szkół plastycznych i artystów.

I tyle byłoby z Wenecji, gdyby nie bosmańska litość.

Godzina w mieście – Zwiedzanie Wenecji

Co byście zrobili gdybyście mieli dokładnie godzinę w tak pięknym miejscu? Znam takich co poszliby do najbliższej kawiarni i usiedli w Słońcu. Większość poszła do najbliższej pizzerii, by kupić placek, przynieść na statek i zjeść na burcie. Ja tam, jak tylko bosman pozwolił zejść ze statku… Łaziłem. I pewnie wybrałem najgorszą opcję, ale na szczęście trafiłem do Small Caps. Jest to maleńki punkcik w lekko zapuszczonej kamienicy przy niezbyt ruchliwym kanale. Siedzi tam dwóch panów i obszczekujący klientów pies. A na ścianach wiszą plakaty. Projektują je na miejscu. Są z festiwalów filmowych, teatralnych, wydarzeń kulturalnych, akcji społecznych.

Plakaty z Wenecji
Kiedyś rozmawiałem z Jakubem Erolem, który tworzył, gdy dużo się mówiło o polskiej szkole plakatu filmowego. I powiedział mi, że był czas, iż plakat był dziełem sztuki, a ulice miast największymi galeriami. Ludzie zrywali je i trzymali w domu jak obrazy największych mistrzów. No i w takim miejscu byłem… W Wenecji.

Carlo Scarpa

Godzina na zwiedzanie Wenecji nie pozwoliła cieszyć się mi architekturą kamienic i pałaców miasta. Ale na szczęście mogłem sobie poczytać. Wpływ stylów architektonicznych na Wenecję jest widoczny gołym okiem. Zachowały się budowle bizantyjskie, gotyckie, wszystkie te Rokoko i Baroki. Mamy na statku dwutomowy album Wenecja Sztuka i Architektura. Każdy z tomów ma rozmiary Potopu Sienkiewicza. I tam czytam że złote czasy dla Wenecji przypadają na szesnasty wiek. Wtedy to do miasta z Rzymu przybył architekt Jacopo Sansavino, który propagował nowy rzymski image. Przebudowywał budynki na placu świętego Marka, dodawał kolumny pałacom, nie szczędził łuków, rzeźb.
O Carlo Scarpie w książce nie piszą, ale powiedziano mi, że muszę zobaczyć jego dwie prace Negozio Olivetti i Querini Stampalia. Ten pierwszy miał być czymś w rodzaju nowoczesnej wystawy na placu Świętego Marka. Uwagę przykuwają schody zawieszone w powietrzu. Ten drugi to fundacja, która w całości została zaprojektowana przez Scarpę. Trzeba obejrzeć ogród, który zachwyca detalami. Ja to widzę wszystko na zdjęciach, ale przecież to pewne, do Wenecji jeszcze wrócę i zobaczę gołym okiem.

Plac kopany

Plac świętej Margerity - plac kopany

Plac świętej Margerity – plac kopany

Gdy kiedyś byłem w Wenecji – niezbyt mi się podobało. Bo śmierdziało, bo przeludnione, bo mnóstwo turystów i bardzo drogo. Dopiero gdy wypiłem karafkę wina, obraz miasta odmienił się. I chyba został już taki, jak po tym winie, gdy zgubiłem się w uliczkach i usłyszałem flisaka śpiewającego O Sole Mio. Tym razem zachwycił mnie plac. O mostki w Wenecji nie trudno, ale place to prawdziwa niezwykłość. I nie był to mały placyk przed kościołem. Plac nosi imię świętej Margherity. Jest duży i pełen chłopców kopiących piłkę, dziewczynek skaczących przez skakankę i staruszków siedzących na ławkach z boczku – obserwując to co dzieje się dookoła. I ludzi w kawiarniach, i drzewo, i sklepy. I Wenecja nie wydała się mi Disney Landem na wodzie, a miastem, w którym dzieje się także codzienność.

Plac świętej Margherity - Wenecja

 

Ciekawy adres:

Mistero Buffo – Laboratorium Masek Karnawałowych – Niewielki sklepik, w którym tworzy się papierowe maski. Najpierw formuje się  gliny wzór, potem modeluje na nim maskę z papieru, w końcu ją się maluje i ozdabia. Warto zobaczyć na własne oczy jak to robią.

Maski w Wenecji

 

Stefkowe sceny

Gdyby podróż po świecie była rozliczana z miejsc, na których postawiło się stopę, z pewnością tę zaliczałbym do najbardziej udanych. Ale przecież dosłowna stopa nie wystarczy. Więcej niż jedno zdanie napisałbym o kilku z wymienionych wysp i miast. A i tak ograniczyłbym się do frappe w Grecji. Targu z pamiątkami w Albanii. Dwugodzinnego spaceru po Czarnogórze. Czy męskiego chóru śpiewającego na głównym placu w chorwackim Trogirze. (więcej…)

Korea, Trump i jacuzzi

2030, 25 kwietnia 2017, Seul, Korea Południowa

Wojna w Korei wisi na włosku – od kilku tygodni jestem bombardowany informacjami na temat rychłego konfliktu – pisze mój brat Aleksander z Seulu. – Dziś, czyli w 85-lecie założenia Korei Północnej, oczekuje wieczornej salwy z rakiet atomowych.

Wyczerpany padłem na łóżko, po całodniowym zwiedzaniu dziesięciomilionowego miasta. Chcę odespać, ale czuję szarpnięcie ramienia, jakby ktoś walczył z moim bezwładnym i zatopionym głęboko we śnie ciałem. Ktoś mnie budzi, choć ja nie chcę. Leżę rozciągnięty w podwójnym łóżku, dźwiękoszczelny pokój pozwala mi na chwile wyciszenia od handlowej części miasta, w której znajduje się mój hotel. Wygodne łóżko gwarancją głębokiego i relaksującego snu – można by wyczytać w ulotce reklamującej mój materac. Naprawdę nie chce by ktoś mnie zbudził.

Kolejne, tym razem mocniejsze szarpnięcia. Krzyk, a w nim zatopione moje imię. Zrywam się na nogi, czuje że łóżko, podłoga, pokój… Falują. Przerażona współtowarzyszka ze wzrokiem wbitym w swojego obrońce czeka na reakcję, odpowiedź. Co właściwie się dzieje? Pokój drży. Setki myśli. Czyżby wojna? A może trzęsienie Ziemi? W telewizji wspominali, że rok wcześniej po podziemnej próbie atomowej w Korei Północnej, mocno na południu Półwyspu wskaźniki wskazały ponad 5 stopni w skali Richtera. Wybiegam na taras. Szybki rzut okiem na miasto. Oczekuje widoku wojny atomowej. Ciężarówek wypełnionych żołnierzami, wymiany ognia między sąsiednimi, zwaśnionymi, bratnimi krajami. Morza ognia, milionów pocisków i ewakuacji mieszkańców i krzyku przerażonych ludzi. Robię zdjęcie.

Seul

Seul – widok z mojego okna hotelowego w 85 rocznicę istnienia Korei Północnej

Selfie z czasu wojny w Korei

Wypatruje. Nic nie widzę. Panikę tłumu zasłaniają mi wieżowce. Słyszę, dobiegający z ulicy huk ciężkich maszyn bojowych, nawoływanie mężczyzn, niezrozumiale dla mnie krzyki i wrzaski. Myślę, że nie mamy zbyt wiele czasu. Seul od Korei Północnej dzieli zaledwie godzina. Tam na granicy stoi dziesięciomilionowa armia, która wtoczy się między budynki. Zaraz nie będziemy mieli jak i gdzie uciec. Należy działać. Nagle, jakby ręką uciął, cisza. Na tarasie przestało bujać. Dziwne uczucie otępienia, zmieszania, może jednak sen. Mam przebłysk geniuszu – muszę zejść na dół i dowiedzieć się od pracowników co się dzieje. Już w drzwiach ostatnie spojrzenie na telewizję. Zabawne, że w swoim podstawowym odruchu potwierdzam istnienie wojny w telewizyjnym breaking news lub internecie. Szukam informacji w publicznym kanale KBS. Nic nie rozumiem. No dobra to jeszcze Facebooku… Co za głupota by korzystać z niego, aby sprawdzać czy Seul już się pali. Szukam, nie pytajcie dlaczego, pod hasłem Korea. Ostatni wpis dwie godziny temu, czyli selfie dwóch Koreanek w metrze.

Palec Trumpa

Kolejny bezsens, wojna nuklearna, a ja zjeżdżam powoli windą z muzyczką w tle. Moje wszystkie instynkty sprowadzają mnie do recepcji hotelu z idiotycznym pytaniem na ustach, dlaczego moje łóżko drży? Milutka, koreańska recepcjonistka, nie znająca ni w ząb angielskiego, zdolna jest jedynie do powtórzenia słowo w słowo mojego pytania. Mało kto zna język angielski w Seulu. Ukłoniłem się grzecznie. Na ulicę jednak wybiegłem. Zataczający się faceci w garniturach… Od alkoholu nie od gazu musztardowego. Co się u licha dzieje?

Ulica Seulu po godzinach pracy

Ulica Seulu po godzinach pracy

Pierwszy, wojenny wywiad informacyjny się nie udał. Wracam do pokoju, na wejściu mówię głośnie Cicho! Dziewczyna zamarła. Oczy śledzą każdy mój ruch. Napięcie. Jakbym coś wiedział, choć nic nie wiem. BBC jak na zawołanie rozpoczęło nadawanie programu o amerykańskich łodziach podwodnych, które przypłynęły do Seulu, o sile rakiet atomowych oraz o Donaldzie Trumpie, który zza mórz i oceanów grozi palcem na te tajemnicze państwo na północny. Mogę tam jutro pojechać, odwiedzić strefę DMZ (zdemilitaryzowaną), za jedyne 50 tysięcy Wonów (170 złotych – red.). Nic trudnego.

DMZ2
Ziemia znów się zatrzęsła. Wyskakuje na taras. To sąsiad. Włączył u siebie jacuzzi. Jego mechanizm porusza taras, ten pokój, przez co drży też łóżko. Szybki krok do tyłu. Dzień wcześniej a jakże… też się kąpałem w bąbelkach. Został mi po tym katar. Uspokojony, że jednak nie wojna, kładę się do ciepłego łóżka. Sąsiad ma rację, jak zginąć w wojnie atomowej to z przytupem: z kieliszkiem szampana w jacuzzi, w objęciu ukochanej, z pięknym widokiem na las wieżowców. Usypiam przy drżeniu łóżka, krzyku pijanych pracowników okolicznych biur i zgiełku ulicznego ruchu, który mimo dziesięciu linii metra wciąż stoi w niewyobrażalnych korkach.

Jacuzzi na hotelowym tarasie w Seulu

Jacuzzi na hotelowym tarasie w Seulu

Romuald Koperski: gdy się czegoś boisz, zrób to

Kolejny wyczyn na pana koncie…

Romuald Koperski: Małpę można posadzić i przepłynie trasę, którą pokonałem. Dać jej tylko maszynę do wydawania dziennych porcji bananów, a będzie krążyć pomiędzy niżami i wyżami, by w końcu dopłynąć do Karaibów. To nie jest znowu taki wyczyn.

Romuald Koperski w 77 dni samotnie przepłynął Atlantyk.

Romuald Koperski w 77 dni samotnie przepłynął Atlantyk.

Przewiosłować Atlantyk to nie wyczyn… Fałszywa skromność.

Daj spokój, umówmy się, nikt nigdy nie przewiosłował Atlantyku. Wszyscy pływali w pasatach, albo prądach morskich, a gdy tylko pojawił się sztorm, który zagrażał bezpieczeństwu, wyprawę odwoływano. Tak było w moim przypadku, gdy cztery lata temu próbowałem przepłynąć Pacyfik na tej samej łodzi wiosłowej i z powodu orkanu nie dałem rady.

Pan przecież nigdy nie pływał…

Znalazłem się w nowym środowisku. Meteorologie i nawigację znam z lotnictwa. Tutaj znalazłem się sam w obliczu potęgi oceanu. Prawdziwa samotność, z którą należy się zmierzyć. Można liczyć tylko na siebie, a nie na tej fałszywej świadomości, że ktoś twoją robotę zrobi za ciebie. W dodatku wszędobylska słona woda, przez którą miałem odleżyny, czyraki, strupy, rany się nie goiły i ropiały. Miałem tylko dwa i pół litra słodkiej wody dziennie.

Pianista ma długość 1,8 metra, a szerokości jest 0,5 metrowej.

Pianista ma długość 1,8 metra, a szerokości jest 0,5 metrowej.

Na picie, jedzenie i mycie?

Nie marnowałem wody na mycie się. Jedynie w czasie deszczu szybko się mydliłem i gdy miałem szczęście, a deszcz był wystarczająco długi, spłukiwałem się. Często zostawałem z pianą na głowie.

Czyli walka z samym sobą?

Jest się mokrym, nie widać Słońca. Jest szaro-buro, niekończąca się szarość, ogromna przestrzeń. Organizm w pewnym momencie nakazuje zwiewać… Ale dokąd? Nie ma ucieczki. Dwa razy miałem stan agorafobii, czy też klaustrofobii.

Co wtedy pan robił?

Musiałem natychmiast się czymś zająć, choćby kawę przygotować. Plus odpowiednie nastawienie, które trzeba mieć w sobie.

Czyli?

Pozytywne myślenie w podróży i w życiu codziennym. Trzeba umieć sobie powiedzieć, że na przykład padający deszcz jest dobry, bo się przecież nie kurzy. Bardzo ważne jest nastawienie, że jest fajnie, wręcz kapitalnie.

Niepoprawny optymista z pana.

Mam prawo być szczęśliwym, a ilu w naszym kraju jest nieszczęśników… Większość z nas ma garnek i co do niego włożyć. Mamy telefony, ciepłą wodę w kranie, toaletę, leżankę i stół. Brak tego ostatniego na tych paru metrach kwadratowych Pianisty był bardzo odczuwalny. Mamy tyle a jednak jesteśmy smutasami. A wiesz jak było na Tobago?

Coś tam wiem, byłem na Karaibach.

Ludzie żyją na luzie, a my w kraju ponuraków. Wielcy ciemnoskórzy, prawie, że z kością w nosie, tacy na których widok przeszedłbyś na drugą stronę ulicy, a oni uśmiechnięci. Zapraszają. Są ciekawi. Rozmawiają. Od ósmej rano głośniki, muzyka, rum. Pytania. Wieczorem samba, rumba. Kto chce ten gra. Im życie tak mija. Luz, blues. Co jest największym koszmarem Polaka?

Mam swoich kilka koszmarów, na przykład…

Winda. Perspektywa, że siedzisz w windzie z nieznajomymi ludźmi. Chcesz jak najszybciej stamtąd wyjść. Na biednym Tobago jest szczęśliwie. Może przez pogodę? A może po prostu żyją tam inni ludzie?

Pianista podczas rejsu przewrócił się dwa razy. Skonstruowano go tak, aby wstawał nawet będąc do góry dnem.

Pianista podczas rejsu przewrócił się dwa razy. Skonstruowano go tak, aby wstawał nawet będąc do góry dnem.

Czy Ocean i Syberia są do siebie podobne?

Jeśli chodzi o przestrzeń, tak. Ale ocean to zupełnie co innego. Inna planeta. Wieczny rozkołys i nic z tym nie zrobisz. Bliskość przyroda. Sama się tworzyła wokół Pianisty. Cały czas miałem przy burcie określone gatunki ryb. Dzięki temu nie byłem w pełni sam.

Nawet jak człowiek podróżuje sam, to nigdy nie jest tak, aby nie znaleźć towarzystwa.

Na Syberii człowiek zawsze kogoś spotka po drodze. Po to się podróżuje, by spotkać drugiego człowieka. Gdy płynąłem Leną, Kołymą, wiedziałem, że zaraz będzie jakaś wioska. Spotkam ludzi, pogadam, wódki się napiję, oprowadzą mnie po okolicy. Na Atlantyku jest pełna samotność.

Czemu nie było pana na Kolosach w tym roku?

Nie uczestniczyłem, bo wcześniej zostałem zaproszony na Dni Podróżnika we Wrocławiu. Rejs zakończyłem w 2017 roku, więc mogę na Kolosach wystąpić w przyszłym roku z tą wyprawą. Nawet się cieszę, bo będę miał już wtedy książkę.

O czym?

O tej podróży, ale bardziej o tym o czym sobie tutaj gadamy. Mamy prawo być szczęśliwymi.

Jest już w planach kolejna przygoda?

Nabyłem samolot dwupłatowy AN-2. Chcę się nim kopnąć przez Syberię trasą Bolesława Orlińskiego, który kilku etapowo przeleciał z Warszawy do Tokio w 1926 roku. Potem mam zamiar polecieć dalej i zrobić pętlę wokół świata. Chcę lecieć według starych metod, czyli z busolą, mapą, trójkątem nawigacyjnym, bez GPS-a. Daję sobie dwa lata na remont samolotu z 1976 roku.

Staruszek.

Wręcz przeciwnie, młodziak! Wspaniała konstrukcja. Wytrzymuje temperatury od -50 do +50 stopni Celsjusza. Części zapasowe to przednia i tylna opona, ewentualnie uszczelki pod kolektory.

Zabiera pan pasażerów?

Jest miejsce dla dwunastu osób. Będą to sponsorzy. Samolot spala 200 litrów na godzinę. Będę leciał 200-300 metrów nad poziomem morza, 160 kilometrów na godzinę.

Po co pilotowi i pianiście był ten Atlantyk?

Do niczego. Nie potrzebuje dodatkowej adrenaliny. Jestem podróżnikiem, specjalizuje się w wyprawach na Syberię, latam samolotami. Odkryłem jednak coś nowego, coś co zapisałem sobie w głowie. Górnolotnie można powiedzieć o dowartościowaniu się, ale to nie o to chodzi. Raczej zdobyciu większej pewności siebie. Żałuję, że nie przepłynąłem Atlantyku, gdy miałem trzydzieści lat.

Dlaczego?

Dobry samochód nic w moim życiu nie zmienił. A zawsze się przy takim upierałem… Do tego skóra i komóra. Po prostu inaczej poukładałbym wartości. Nie uczestniczyłbym w wyścigu. Spokojniej bym żył. Po Oceanie zdałem sobie sprawę, jak małą istotą jestem, chociaż z drugiej strony, gdy go pokonałem, a tym samym swoje słabości, okazałem się w swoich oczach… wielki.

Czy to wszystko zmieniło?

Jestem spokojniejszy. Nic nie muszę. Jestem zdrowy. Nie patrzę na życie z perspektywy chciejstwa, ale całkowitego luzu. Filozof powiedział… Spotkałem w życiu wszystko czego się bałem. A więc gdy się czegoś boisz? Zrób to.

Warszawiak w Gdyni cz. 7 Takielarz

Żaglowiec dla Algierii – El Mellah (żeglarz) budowany jest na Stoczni Remontowa w Gdańsku. Jesienią 2017 roku popłynie do Algierii, będzie służył jako statek szkoleniowy dla tamtejszych studentów Marynarki Wojennej. W ciągu dwóch pierwszych tygodni stycznia pracowałem na pokładzie żaglowca jako takielarz, rozwieszając na wantach drablinki. Zobaczcie jak wygląda praca na stoczni przy nowo budowanym żaglowcu. (więcej…)

Warszawiak w Gdyni cz. 6 Muzeum Emigracji

Wszyscy hurra patrioci będą jednak rozczarowani. Nie jest tak, że kraj nasz zasługuje jakoś szczególnie na miłość. Emigracja zawsze spowodowana była czymś z czego być dumni nie powinniśmy. A to zabory, wynikające jak wiemy z nieudolnej polityki naszej elity sejmowej. A to głód, taki jak w Galicji. Ludzie sprzedawali cały swój majątek, aby ratować swoich bliskich, zostawiając kraj dla wyimaginowanego raju. A to w końcu zła koniunktura ekonomiczna, zmuszająca ludzi do podróży przez cały świat, aby wyrwani z korzeniami, zapuszczali je na nowo. Często emigrowaliśmy i dalej tak się dzieje. Gdy pomyślę o tych wszystkich swoich znajomych, którzy już mieszkają w Anglii, Kanadzie, Niemczech, Stanach Zjednoczonych, nie dlatego, że zakochali się w pięknej dziewczynie/chłopaku i postanowili tam założyć rodzinę, a dlatego, że tam jest wygodniej i lepiej żyć, to naprawdę nawet teraz mój kraj nie napawa optymizmem, a jednak muzeum uczy patriotyzmu.

Muzeum Emigracji na uboczu

Muzeum Emigracji znajduje się w budynku Dworca Morskiego na Nabrzeżu Francuskim w gdyńskim porcie. Tym, którzy nie znają topografii Gdyni, powiem tylko, że aby dostać się pod budynek muzeum należy przejść kawał drogi przedłużeniem ulicy Świętojańskiej, minąć kilka stoczni remontowych i dopiero po solidnym spacerze dojdziemy do celu. Komunikacją miejską dostać się tam jest jeszcze gorzej. Bo kursuje jeden bodaj autobus, który zresztą nie jeździ z centrum. Muzeum jest na uboczu, tak jak emigrant na uboczu kraju, z którego pochodzi.

Plusem jest modernistyczny budynek Dworca Morskiego, któremu odnowiono fasadę. Kiedyś było to centrum życia Gdyni, perła architektoniczna, z której to w świat wyruszali Polacy z całego kraju. Transatlantykami takimi jak MS Batory (obejrzyjcie serię filmów gdy płynę przez Atlantyk – tutaj) płynęli by znaleźć się w obcym świecie. Emigrant, jak mówi jedna z wystaw w muzeum, zawsze zaczyna z niższego poziomu niż w kraju, z którego pochodzi. Stąd w świat ruszył Witold Gombrowicz, ale i tysiące innych Polaków.

Muzeum Emigracji a sprawa Sikorów

Jedną z opisanych historii jest życie Sikorów, które odtworzono dzięki prowadzonemu dziennikowi. Pochodzili oni spod Rzeszowa. Ta historia przewija się przez część wystawy. Głód zmusił ich do sprzedaży drobnego majątku i wyruszenia do Stanów Zjednoczonych. Jedną ze wzruszających chwil jest ta, gdy Sikorowie mówią do urzędnika emigracyjnego, że są Polakami, a ten zapisuje w dokumentach kraj pochodzenia Austria. Emigracja jest ostatnią deską ratunku, której chwytają się by zmienić swój los. Udaje się im i znajdują w Stanach Zjednoczonych raj. W tym wypadku jest to codzienna kiełbasa i chleb na stole. Mają już coś, co nie osiągalne było w Polsce. Na wystawie zapada w pamięć cytat z listu emigranta do przyjaciela Pobyłbyś ze dwa lata w Ameryce, zarobiłbyś pieniędzy, to byś się z tej biedy wyrwał i byś był człowiekiem. Zadaje sobie pytanie, jak bardzo muszę być zdeterminowany, by opuścić swój dom?

Mimo takiego zakończenia, właśnie historia Sikorów daje mi najwięcej do myślenia. Piszą, mówią i czują się Polakami, a jednak raj znajdują gdzie indziej. To jest niezwykłe jak głęboko w sobie nosimy swoją narodowość, przynależność do kultury, języka, kraju. Nie byli w stanie zapewnić sobie tutaj zwyczajnego chleba i kiełbasy na stole, a więc wyjechali. Tam daleko dalej czują się jednak Polakami. Dziwny czy może dla Was nie taki znowu zaskakujący ten cały patriotyzm? Zapraszam do obejrzenia mojego filmu!