Podróż po królową roślin. Część 2

Deszcz bije w matę dachu. Przed chwilą wypiłem brązowe wino o kwaśnym smaku, które mogłoby równie dobrze być wodą z kałuży, ale nią nie jest. To ayahuasca.

PRZECZYTAJ CZĘŚĆ PIERWSZĄ: Serial z Barra Grande. Część 1

Jest mi głupio. Moja podróż zmienia się w tzw. ayahuasca trip. Siedzę jak dureń po turecku na śmierdzących matach, nogi mi cierpnął i zimne dreszcze przebiegają po ciele. Pomieszczenie to poddasze świątyni, wybudowanej przez Sylvię, którą nazywamy szamanką.

Znalazłem się tutaj, bo nie umiem odmawiać, łapię się na haczyk najgłupszych pomysłów. Nawet takich jak pojechanie z hippisami ogórkiem bez hamulców ponad dwieście kilometrów, aby wylądować na skraju puszczy w gaju kakaowym.

Siedzimy zatem wokół palącej się świeczki. Powinniśmy na klepisku piętro niżej rozpalić ognisko, ale leje jak z cebra, a tam nie ma ścian. Na granicy światła widzę skupionych towarzyszy podróży: Annę, Tatianę i Yorga. Jest też jakiś obcy, którego potem nazwę Mędrzec. No i oczywiście szamanka Sylvia. A dalej dzika ciemność, pełna głosów, które przyprawiają mnie o gęsią skórkę.

Roślina by leczyć

Indianie z amazońskich lasów uważają ayahuascę za lekarza. Każda roślina według nich ma duszę i istnieje w jakimś celu, najczęściej by leczyć. Skąd jednak szaman ma to wiedzieć? Bo go ktoś nauczył, a ta wiedza, jakkolwiek to brzmi, drzemie w ayahuasce. Szaman Mietek z Peru opowiadał mi historię, jakoby po wzięciu udziału w kilku ceremoniach ayahuasci, był w stanie, przechodząc koło dowolnej rośliny, powiedzieć o jej właściwościach leczniczych, nic wcześniej o tym nie wiedząc. Mietek jest trochę szalony, ale coś w tym jest. Lorren Miller, dyrektor międzynarodowej korporacji zajmującej się roślinami medycznymi, w 1981 roku wywiózł egzemplarz ayahuasci z Ekwadoru i ją opatentował w Stanach Zjednoczonych – mówi Marynia Pawlak, która na Uniwersytecie Warszawskim obroniła pracę magisterską na temat „Funkcjonowania społeczne-kulturowego ayahuasci, między tradycją a globalizacją”. Indianie z Ameryki Południowej walczyli siedemnaście lat o ten patent i w końcu wygrali.

Szaman Mietek mieszka w Peru i dużo o ayahuasce opowiada, a także o Indianach, tajnych podziemnych przejściach, rytuałach.

Szaman Mietek mieszka w Peru i dużo o ayahuasce opowiada, a także o Indianach, tajnych podziemnych przejściach, rytuałach.

Nic się nie dzieje, dopóki nie zamknę oczu. Wtedy widzę kalejdoskop figur geometrycznych. Wszystko tętni rytmem przypominającym imprezy techno: krzykliwe, głośne, wrzeszczące, rozregulowane, wijące się. Czuje jak wzdłuż kręgosłupa wspina się coś w rodzaju bluszczu, gdy przez ramiona, ręce dociera do palców, otwieram oczy. Techno zmieniło się w rytm serca. Tutaj dalej śmierdzi stęchłym materacem, na którym siedzę. Ludzie dookoła osuwają się w swoje myśli, a ja nie chcę. Myślę sobie, że wytrzymam w pozycji na turka, przez cały seans. Dumny i trzeźwy. Sylvia gra i śpiewa. Wcześniej tłumaczyła, żebym pamiętał o rzeczywistości, która jest przy płomieniu bijącym ze świecy. A co się wydarzy w mojej głowie, jest pracą do wykonania.

Izabela i Leonardo jedni z bohaterów tej przyody.

Izabela i Leonardo jedni z bohaterów tej przyody.

Poczułem na karku wiatr. – Był słodki i przyjemny jak setka nagich kobiet szepczących mi do ucha – opisał to samo uczucie mój kolega Leonardo Magnani z Florencji, który uczestniczył w rytuale zorganizowanym przez kościół Santo Daime, bliżej granicy boliwijskiej. Mój wiatr jest także słodki, ale też błękitny. Czuje, że jak za nim polecę, osiągnę wolność. Jej smak jest słony i pachnie wodorostami.

Ayahuasca trip

Cały rytuał w wykonaniu Sylvii łączy w sobie elementy chrześcijańskie i kultury New Age. A zatem jest mini ołtarz z czymś na wzór krzyża prawosławnego, a także atmosfera kojarząca się mi z buddyjską medytacją. Taka ayahuasca trip. Wierzenia, kultura i sposoby spożywania białego człowieka wpływają na ceremonię przyjęcia ayahuasci – mówi Marynia Pawlak. Stworzony został produkt turystyczny, rytuał dla gringo. Budowane są ołtarze, na których stawia się bogów takich jak Wisznu. Tworzy się wokół tego atmosferę mistyczną, która odpowiada białemu człowiekowi. Ma się szczęście, gdy trafi się przy tej okazji na prawdziwą ayahuascę. Tak naprawdę podawana jest często w chałupie, czasem zasyfionej budzie, sam na sam z szamanem, bo to królowa roślin, ale przede wszystkim lekarstwo.

Te lekarstwo działa już na mnie tak, że zmysły mam wyostrzone do granic możliwości. Przede wszystkim dotyk, który w moich rozwalonych okularach wyczuwa wilgoć żelazno-zimnego szkła. Cały czas miętolę te okulary w palcach. Teraz wolę zamknąć oczy, bo gdy je otwieram, kręcące się wokół świeczki osoby zmieniają postać z kobiet w mężczyzn, z mężczyzn w zwierzęta, ze zwierząt w młodzieńców, a potem w śliczne dziewczęta. Sylvia powiedziała, że jeżeli będę miał ochotę, mogę pójść do lasu. Nie chcę, bo jest tam przerażająco. Yorg dopiero co stamtąd wrócił. Złapał mnie za ramię i zapytał czy wszystko w porządku. Zamurowało mnie. Nie wiedziałem jak mu powiedzieć, że w moich oczach zmienił się w mandryla, śmiejącą się małpę, którą znam z „Króla Lwa”. Gdy Sylvia go przegoniła, poczułem, że już mi wystarczy. A to z jednego powodu… zakochałem się.

Druga porcja

Santo Daime jest jednym z dwóch kościołów w Brazylii, które serwuje ayahuascę podczas swoich cotygodniowych mszy świętych. Przyjmowanie jej w formie rytuału jest dozwolone także w Peru. Nie traktowana jest jak narkotyk, bo nie uzależnia. Dzięki roślinie mamy dostęp do najdalszych zakamarków naszej pamięci – mówi Isabela Saldanha z Campo Grande, która należy do kościoła Santo Daime (tłum.: Święta Daime, co jest ich określeniem na ayahuascę).  Daje ona szansę zabliźnić stare rany, które nam przeszkadzają. Jak osiągamy przytomność, pozwala wybaczyć, a często uleczyć to co wymaga naprawy.

Stefan! Stefan! Stefan! Zapraszam cię po drugą porcję – słyszę głos Sylvii. Nie chcę. Zakochałem się w małpie, która mnie dotknęła. Nagadano mi wcześniej, że dzięki roślinie mogę trafić do swojego raju, albo piekła. Najwięcej o sobie nauczę się, gdy znajdę się w tym drugim miejscu. Nie mam ochoty przekonywać się, że miłością mojego życia jest Yorg. Czuję wewnętrzny sprzeciw. Z jednej strony obrzydzenie do siebie, a z drugiej nie mogę odwrócić od niego wzroku. I wtedy doznaję olśnienia. Zaczynam przypisywać moim towarzyszom ostatnich dni jakieś ogólne cechy. Anna to czysta miłość, Tatiana kojarzy się mi z ziemskością, namacalnością, a zatem szczerością, obcy wygląda jak wcielenie Mądrości. W końcu Yorg, w którym się zakochałem. Yorg to wolność. Nie on, ale ta jego cecha mnie pociąga. Miejmy nadzieję.

Rano świat jest zupełnie inny niż wczoraj. Opowiadam wszystkim o moich uczuciach i przeżyciach. Patrzą na mnie trochę dziwnie, ale sami też mają swoje historie do opowiedzenia. W końcu spotykam się z Sylvią, która przez cały czas trwania rytuału pilnowała, aby nam się nic nie stało. Opowiadam i chcę, nie ukrywam tego, porady od niej. Bałeś się odkrycia  – podsumowuje Sylvia. Nawet nie liznąłeś tego, co jest w tobie.

Tatiana, Anna, Pocahontas, Balon i Yorg odjechali do Europy i Jerozolimy. A ja zostałem u Sylvii na cały tydzień, aby jeszcze raz wybrać się w podróż, tym razem bez strachu. Ale to już inna historia, tak skończyła się moja ayahuasca trip.