Couchsurfing. Wszystkie moje kanapy

Paru gejów, jeden hazardzista i narkoman, nimfomanki i baptysta szpieg… Oni wszyscy i jeszcze kilka osób zupełnie bezinteresownie, nie znając, a nawet nie widząc mnie wcześniej na oczy, postanowili mi pomóc. I za to jestem im wdzięczny.

Xavier był pierwszym, który się zgodził. Godzinę przed wylotem na Martynikę, dostałem od niego wiadomość, że jednak nie będę mógł u niego nocować. Skończyłem w jakimś podrzędnym, zarobaczonym hotelu w Fort de France. Leżąc między jednym karaluchem a drugim, postanowiłem nigdy więcej nie korzystać z niepewnej pomocy couchsurfingu. Na szczęście nigdy nie byłem mocny w postanowieniach.

Wannapa

Wannapa, połączenie wanny i kanapy. Couchsurfingowy hit… 🙂

Paru gejów

O tych epizodach najtrudniej jest opowiadać. Pierwszym był fryzjer milioner z Peru. Strzygł gwiazdy Hollywood, posiadał w Pisco ogromny sklep spożywczy, na dachu którego wybudował swoje mieszkanie… penthaus. Dogorywał w pościeli po swojej imprezie urodzinowej. Gadaliśmy o jakichś bzdetach, gdy zauważyłem, że ukradkiem robi mi zdjęcie. Może się mi wydawało, to już była trzecia kolejka miejscowej wódki, a ja nie jadłem przez długi czas. Nie byłem pewien tego co widzę. Pupi, tak kazał siebie nazywać, chętnie dolewał mi alkoholu. W końcu się przysiadł i pokazał mi zdjęcia. To moja kobieta – powiedział z dumą. Od razu poznałem, że to on, odwrócony tyłem w stringach i babskiej peruce. Był środek nocy, może powinienem się spakować i wyjść, ale zrobiłem głupią minę i powiedziałem, że jestem zmęczony. Poszedłem spać. Zostawił mnie w spokoju, chociaż promilowa wyobraźnia podpowiadała mi, że chyba ktoś smyra mnie po uchu.

Drugim był brazylijski właściciel sieci sklepów z delikatesami. Porządny człowiek, który przedstawił mi swoją byłą dziewczynę, fajnych znajomych i pozwolił mieszkać u siebie przez tydzień. Zjeździłem z nim wioski pomiędzy Rio de Janeiro i St. Paulo, kupował tam specjały do swoich sklepów. Rozwaliłem mu też skrzynię biegów samochodu, gdy pozwolił mi prowadzić po parku narodowym. Wyprowadziłem się od niego, gdy zorientowałem się, że wzdycha do mnie, a pod jego telewizorem znalazłem film pornograficzny dla gejów.

Hazardzista i narkoman

Jimmy w salonie podawał obiad na stole bilardowym, innego nie miał. W przedpokoju pograć można było w Contrę, tak jak kiedyś to robiło się w bałtyckich letniskowych miejscowościach, w których dzieciarnia zamiast na plaży, siedziała w salonie gier komputerowych. To z Jimmym pojechałem do faveli, by kupił sobie porcje kokainy (o tej przygodzie przeczytać można Zaułki podróży). On też uczył mnie gry w pokera. W swoim domostwie przyjął setkę couchsurferów. Tylko po to, aby poznali tą najlepszą stronę brazylijskiego Belo Horizonte. Miasto słynie z największej ilości pubów na mieszkańca. A dewizą jego tubylców jest, by nie wstawać od stołu w knajpie bez zamówienia ostatniego drinka.

Nimfomanki

Jimmy opowiadał, że najgorzej jest z podróżującymi samotnie kobietami. Same pchają się do łóżka. Jednej nawet nie przeszkadzała moja narzeczona w pokoju, by dać mi do zrozumienia, że z przyjemnością odwdzięczy się za moją gościnność – opowiada Jimmy.

Nie ma co ukrywać, że couchsurfing zbliża młodych ludzi. Czemu się dziwić? Obcy zawsze fascynuje, a skoro u niego mieszkamy, to łatwo mu ufamy. Wielu wykorzystuje ten fakt, by sypiać z dziewuchami, które dają nocleg. Dziewczęta robią to samo. To prędzej czy później wyjdzie, bo jedną z podstawowych funkcji couchsurfingu, jest możliwość zostawiana opinii. Ludzie kolekcjonują te pozytywne. Widziałem profil dziewczyny, która mieszkała u tysiąca ludzi, a miała przynajmniej dwieście pozytywnych not. Wystarczy jednak jedna negatywna, by wszystko zepsuć.

Baptysta szpieg

John jest jednym z tych couchsurferów, którzy mają statut najlepszych w swoim regionie. Z każdym, kto u niego nocuje, robi sobie zdjęcie i wrzuca do neta. W mieszkaniu ma pokój z trzema pościelonymi łóżkami. To tam mają nocować jego goście. Wymaga tylko tego, żeby byli czyści i zostawili na couchsurfingu opinię o jego gościnie. To fajny facet. Jest baptystą, więc zaprowadził mnie w niedzielę do ich kościoła. Poznał mnie też z artystami i właścicielami barów w Olindzie, tuż obok Recife. Miałem nocować u niego dwa dni, a mieszkałem dwanaście. Właśnie koleżanka napisała do mnie, że aresztowali go pod zarzutem szpiegostwa.

Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, ale z każdym z nich wiąże się wspaniała przyoda.