Zaułki podróży

Definicja ładnej dzielnicy: taka, na którą cię nie stać – pisał Charles Bukowski w ostatniej swojej powieści “Szmira”. Ładne dzielnice najczęściej się zwiedza, najczęściej nie dzieje się tam nic ciekawego.

Do tej pory najbardziej obrzydliwym miejscem, z jakim się spotkałem, była obskurna mieścina koło Santa Cruz, a dokładniej tamtejsza toaleta, z której musiałem skorzystać. W samej narkotykowej stolicy Boliwii, mieszkałem w hoteliku zimniejszym niż suwalskie schronisko dla psów. Na materacu pokrytym ruszającą się warstwą karaluchów, spałem w najtańszym hotelu Czerwonego Krzyża w Mumbaju. Nie są to powody do dumy. Na takie warunki było mnie stać. O dziwo dzielnice biedoty, dzielnice społecznych banitów, stają się atrakcją turystyczną. Tak jest w Warszawie, Berlinie, a najlepszym europejskim przykładem jest Kopenhaga.

Widok na fawele ze wzgórza świętej Teresy w Rio de Janeiro.

Widok na fawele ze wzgórza świętej Teresy w Rio de Janeiro.

Wolne miasto w oparach dragów

Na ulotkach rozdawanych w punktach informacyjnych, Christiana nazywana jest dzielnicą „kultur alternatywnych”. Bramą do tego świata jest ceglana rama furtki pomalowana na żółto-czerwono. Są to barwy miejscowej Sunshine Bakery, w której nigdy nie wypiekano chleba. Wieczorem bucha tu ogień z metalowych beczek niczym ze stanu wojennego. Na leżakach siedzi miejscowa elita: kilku półnagich facetów z wielkimi brzuchami. Chyba pilnują interesu, bo co dwa metry, wzdłuż tzw. Ulicy Dilerów, rozstawione są skrzynki, a na nich marihuana i haszysz z miejscowej „piekarni”.

W oficjalnych wykazach dzielnica nie jest uznawana za szczególnie niebezpieczną. Policja jednak nie ma nawet prawa wejść na jej teren. Mieszkańcy utworzyli ją w 1971 roku i nazwali Wolnym Miastem. Wszystko w oparach dymu, który osobie nieprzyzwyczajonej wystarczy w zupełności do lekkiego odjechania. Założyciele głosili, że “celem projektu jest stworzenie samo stanowiącej się społeczności, gdzie każda jednostka jest odpowiedzialna za siebie, będąc jednocześnie integralną częścią naszej wspólnoty”. A potem jeszcze bardziej idealistyczne stwierdzenia w stylu “zażegnania międzyludzkiej nierówności”. W tym celu obowiązuje lokalne prawo. Nie wolno: poruszać się samochodami, biegać (bo biegają tylko policjanci i złodzieje), kraść, nosić kamizelek kuloodpornych, mieć przy sobie ciężkich narkotyków. Obowiązuje też całkowity zakaz robienia zdjęć miejscowym. Za dnia komuś mogą przeszkadzać matki pchające wózki z dziećmi, spacerując w szpalerze ulicznych dilerów.

Amerykański medyczny sen

Handel marihuaną i oddychanie tą szczególną atmosferą jest także legalne po drugiej stronie Atlantyku, na promenadzie Venice Beach. Tutejsze zioło od tego europejskiego różni się swoimi „medycznymi” właściwościami. Najpierw należy pójść do doktora i poskarżyć się na samopoczucie. Wtedy on przepisuje receptę, a my legalnie palimy sobie skręta w przyjemnie urządzonej salce. Tutejsza “alternatywna” dzielnica, różni się tym, że miasteczko nad Pacyfikiem z promenadą wybudowano, po to by eleganccy turyści z Los Angeles mieli gdzie wydawać swoje dolary.

Promenada przyciągnęła ulicznych artystów. I tak zostało do dzisiaj. Do chadzających turystów podjeżdżają miejscowi muzycy na wrotkach. Jeżeli ma się szczęście, z tłumu spacerujących wyłapie cię sam tutejszy król w turbanie – Harry Perry. Od lat 70-tych zarabia na życie, podjeżdżając do turysty na długość nosa i grania mini koncertu. Nic od niego nie kupisz, odwraca się i śpiewa innemu.

Szpitale, więzienia i burdele – oto prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplomy wielu takich uczelni. Mówcie mi “Wasza Magnificencjo”. Ch. Bukowski

Białas w faweli

Odwiedzanie „alternatywnych” dzielnic jest jakby wpisane w turystykę. Moi litewsko-bułgarscy znajomi z couchsurfingu jako obowiązkowy punkt wycieczki chcieli zobaczyć warszawską Pragę, w której poczuć można „stołeczny” klimat. Brzmi jak szukanie guza. W Brazylii nawet nie pchałem się do faweli Rio de Janeiro. Byłem wcześniej w jednym z takich miejsc w Belo Horizonte. Fawele są najlepiej położone. Zwykle na wzgórzach z przepięknym widokiem miasta – mówił Adam, mój tamtejszy przewodnik. A zaraz przestrzegł. – Otwórz okno po swojej stronie samochodu, starajmy się nie wyglądać jak policjanci. Gdy tylko to powiedział, od razu poczułem, że jestem bardzo podobny do gliny. Przestraszyłem się jednak na serio, gdy zostawił mnie samego w samochodzie, a sam poszedł do miejscowego dilera. Nie bój się. Nie zabiją cię na miejscu, nie chcą mieć przecież policji na karku – uspakajał.

O tej prawdzie przekonałem się kilka dni później. Três Corações po portugalsku oznacza trzy serca. W tej miejscowości, przypominającej nasz Sopot, urodził się sam Pele. Kierowca ciężarówki wysadził mnie tutaj o północy, by zaraz mógł mnie dopaść miejscowy wariat. Uciekając przed nim, trafiłem w ramiona trzech rozchichotanych transwestytów, a w końcu miejscowej prostytutki. To były dobre serca.

Dwa trochę pogubione serca trafiły się na przedmieściach. Póki szedłem przed siebie po miejscowej faweli, wzbudzałem tylko niezdrowy entuzjazm. Białas z wypchanym plecakiem po północy nie robił wrażenia mądrego. Poczekali, aż wyszedłem z dzielnicy. Tam podbiegli, a ja tylko modliłem się, by nie był to pistolet. Noża kuchennego bałem się mniej, ale i tak oddałem portfel. Wyciągnęli parę banknotów i wysypali drobne. Dokumenty zostawili. Idź z Bogiem! – Jeden krzyknął na odchodne.