Opinia z rejsu

Miłości nie ma, jest alarm do żagli… Serce z takim napisem znalazł bosman przy zdawaniu kajut ostatniego dnia rejsu Ósmej Niebieskiej Szkoły przez Atlantyk.

*** WSZYSTKIE MATERIAŁY KARAIBSKIEJ OPOWIEŚCI ZNAJDZIECIE NA TEJ STRONIE ***

Aniołki mnie nie obudziły! – To była pierwsza myśl, gdy wstawałem na wachtę po północy. Chwilę to trwało zanim zorientowałem się, że przecież jestem już w domu, w pościeli pachnącej inaczej niż dwa miesiące spania po alarmach do żagli, nawet nie tak, jak statkowy Ariel. Położyłem się spać, ale nieufny tego co się dzieje dookoła. Rzeczywistość statkowa skończyła się i fizycznie została tylko na stwardniałej skórze dłoni i zrogowaciałych stopach. Trudno się z tym pogodzić.

Ognisko urodzinowe Buby.

Ognisko urodzinowe Buby.

Zanim dopłynęliśmy mieliśmy dni halsowania się po Kanale Angielskim, a później silnikowania przez najdłuższy wybudowany kanał na świecie… Kiloński. Ma 98 kilometrów długości i uwaga!, tak, jest dłuższy od Panamskiego. Skraca drogę o około 250 mil morskich na morze Bałtyckie. Dzięki niemu nie trzeba się obijać cieśninami duńskimi. Zdecydowaliśmy się na skorzystanie z takiej możliwości, bo rejs skończyć się musiał 30 kwietnia, a pogoda nie zapowiadała, że damy radę się wyrobić na czas do Szczecina.

Kanał to idealna okazja dla bosmana, by załoga wolna od lekcji doprowadziła statek do stanu perfekcyjnego. Jestem ze Szczecina i nikt nie będzie mi mówił, że żaglowiec pod moimi rządami, wygląda niechlujnie – powiedział mi Mały. I trzeba przyznać, że sam dawał przykład pracy. Poświęcił kilka portów i nocy, by wisieć na ławeczce za burtą i malować statek. Szalony! – skomentował Buba, gdy go zobaczył o trzeciej w nocy z pędzlem w ręku, gdy staliśmy przy kei w Boulogne-sur-Mer.

Kolejne warstwy farby, szlifowanie pokładu, układanie nieporządku w kabelgacie – to były zadania którymi zajmowała się załoga w kanale. A już po drugiej stronie mocy, na Morzu Bałtyckim wiatr wiał regularnie i nie bujało tak jak to do tej pory. Kilka męczących alarmów do żagli, paręnaście godzin płynięcia i Świnoujście przed nami. Mają być równiuteńko – zarządził Mały i do drugiej w nocy trzymał wszystkich zdolnych na rejach, by układali żagle na portowo. Dlaczego zdolnych? Bo mieliśmy pożar na pokładzie, a także epidemię. Cholera wie, co było, ale w Świnoujściu około piętnaście osób rzygało i srało jednocześnie. To, czego się nauczyłem na pokładzie, to nazywanie rzeczy po imieniu, tak też więc było.

Czego jeszcze można było się nauczyć? Nierozczulania się nad sobą. Chyba też dlatego, wielu chorych przystąpiło do ostatnich konkurencji w konkursie wacht: manzo i przeciąganie liny.

P1060021

Doktor, Ewa, Prezes, Zuza i Natalka. To dzięki sile Prezesa ta wachta wygrała zawody.

P1060002

Próba wciągnięcia w pole Grzesia przez Prezesa, Ewę i Natalkę. Asekuracja Buby.

P1050607

Zjem cię! – Krzyczał Andrzej do Prezesa.

P1050586

Szymek, kontra Zuza i Maja. W tle Szeryf, a na końcu Kapitan jako sędzia.

P1060016

Przeciąganie wacht.

Zjem cię! Kapitanie, jesteś mój! – wykrzykniki Andrzeja podczas gry w manzo, skierowane do drużyny przeciwnej, wejdą do słownika tego rejsu. Siniaki i zadrapania nie robią już na nikim wrażenia. Na mnie robi natomiast ta trzydziestka dzieciaków. Bo szczerze mówiąc miałem najprościej na tym rejsie. Nie byłem Skwarą, kapitanem, na którym spoczywała ogromna odpowiedzialność. Nie byłem jednym z trzech oficerów, którzy na swoich wachtach muszą brać odpowiedzialność nie tylko za kurs, ale także za swoją wachtę. Dlatego też byli często tak wymagający dla uczniów. Nie byłem Grzesiem, który przez niemal cały rejs zarządzał manewrami na śródokręciu. Nie byłem jednym z nauczycieli, którzy prócz wacht, alarmów, musieli przygotować lekcje i nauczyć dzieciaki swoich przedmiotów. Nie byłem lekarzem. A Mariusz, najlepszy anestezjolog w kraju, na tym rejsie nastawiał złamany palec, operował wyrostek robaczkowy, a wreszcie walczył z epidemią żołądkową. Nie byłem kukiem, mechanikiem, ani nawet bosmanem. Wreszcie, nie byłem uczniem. Nie spali prawie wcale, musieli sprostać nie tylko żywiołowi, ale także wymogom oficerów. Często trudnym wymogom i nie łatwym ludziom. Na opinii mam, że byłem filmowcem. I to jest prawda. Filmowałem ich i podglądałem.

P1060149

Chłopaki Ważki.

P1060135

Ula, kurczak z opinią. Myliła bosmana z kukiem.

P1060115

Skwara i jego radio.

Kod językowy, którym się posługują, słowa które tylko oni rozumieją, sytuacje w których się znaleźli, ludzie i miejsca które poznali – wylicza Robert, bosman zastępca Małego na nowe rejsy. Zastanawiałem się jak to będzie. Gadałem z chłopakami wcześniej i powiedzieli, że rozstanie z pokładem Fryderyka przeżywają bardziej ci, którzy żegnają się z nim na Karaibach. Łatwo w to uwierzyłem. Czy nie jest logiczne, że młodzież opuszczająca rajskie wyspy i wracająca do polskiej rzeczywistości płacze bardziej? To oczywista bzdura.

Pierwsza na ląd zeszła Gumiś. Wiem, bo to nagrywałem. Uściskała się z rodziną, a ja robiłem zbliżenia, licząc że zobaczę łzy. Nie było ich tam. Potem ganiałem po innych rodzinach i widziałem siorbanie nosa, ale ojca Zuzy (Missis Lova), coś się kręciło w oczach ojca Piotrka Prezesa. Mało albo wcale płakali uczniowie. Chyba tylko Marcelina, okrzyknięta na opinii „Królową Bananów”, popłakała się gdy zobaczyła swoje rodzeństwo. Moi się spóźnili. Zostawi to trwały ślad na mojej duszy – Powiedziała mi po swojemu Maja, wypatrując rodziny z burty statku. Trudno! – Skomentował jej ojciec, gdy w końcu go zobaczyła i to usłyszał. Maja nie płakała. Poryczała się dopiero, gdy dostała opinię. Podejrzewam, że nie dlatego, iż została zaproszona do szkieletu, ale dlatego, że to oznacza koniec. Siemano – Powiedział wszystkim Buba i zaczęli się żegnać, długo ściskać, w końcu płakać.