Podróże stuletniego roweru

– Czyli przetrwał niemiecką okupację – zauważa z uśmiechem znany niemiecki aktor (celebryta? osobowość medialna?), który swą karierę złączył z naszym krajem i telewizją. – Właściwie to już drugą – odpowiadam życzliwie, nie wiem czy śmiesznie, czy głupio.

Rower jest stary, przedwojenny. Hipsterski, mówi aktor. Chyba nie bardzo, ale nie będę się spierał. Jest w rodzinie od 95 lat, a o hipsterach rozmawiamy zupełnie od niedawna. Stryjek mojego wujka przywiózł go ze Szwecji. Dziś – od wielu już lat – służy jako wizytówka sieci sklepów rowerowych, rodzinnej firmy, którą założył wspomniany wyżej wujek. A teraz stanie się gwiazdą.

Wakacje ze szprychami

Wakacje, końcówka lat 80 i początek lat 90. XX wieku. Czas wolny był mi dzielony pomiędzy indiańskie podróże sentymentalne, a pobyt u babci w małym mazowieckim mieście. W tym samym mieście działa rowerowy sklep mojego wujka, owoc jego przedsiębiorczości i znak nowych, rodzących się właśnie czasów gospodarki wolnorynkowej.

Dla mnie przede wszystkim to mała, drewniana szopa z pokoikiem na zapleczu, gdzie ja i moi kuzynowie spędzamy długie godziny na szprychowaniu kół i innych tego typu zajęciach. Niby że wykorzystywanie pracy nieletnich? Proszę! To najlepsza szkoła życia. Ale przyznam się: robiłem wiele by stamtąd uciekać; ciągnęło mnie bardziej do mieszkania kuzynów, w którym stał komputer, gdzie z poziomu Norton Commandera uruchamiało się proste gry.

To były moje powtarzane wielokrotnie wakacyjne podróże. Dziś myślę, że te najszczęśliwsze i najbardziej beztroskie.

Stary sklep

25 lat temu…

Remont na latarni

– Co się stało z rowerem? – pytam zaskoczony. Jest lipiec 2009 roku, od czerwca trwa III etap robót modernizacyjnych na trasie W-Z. Remontowane jest torowisko na skrzyżowaniu al. Solidarności z al. Jana Pawła II. Tam, gdzie każdego dnia zostawiany jest nasz stuletni rower.

Okazuje się, że rower jest, nie zginął, nie ukradli, nie wywieźli, nie odebrali. Przenieśli go tylko, cóż za robotnicza finezja! Przenieśli bowiem nie poziomie, a w pionie. Wisi na latarni, jak surrealistycznie, jak zabawnie i jak to zdjąć potem?

Udaje się za miesiąc. Jak? Niech zostanie tajemnicą.

Rower na latarni

Czy to ptak, czy samolot?

Wielkie rowerowe koło

Ciepły marzec 2015, Warszawa, Wola. Jeden z naszych sklepów, małe zaplecze, biurko, moje miejsce codziennej pracy. Rowery wróciły do mnie szerokim historycznym łukiem – dziś i ja pracuję z moimi kuzynami, jak to się mówi, robię im internet. Nie ma z nami już niestety wujka, ale myślę, że byłby dumny. Nie ma też drewnianego baraku, w którym rozpoczynała się rowerowa podróż. Została ta sama pasja i przedsiębiorczość jego bliskich.

Rower też został. Siodełko nie da się odkręcić, opony powoli tracą powietrze. Ale nic to – podobno okazał się hitem teledysku niemiecko-polskiej gwiazdy. Przekonamy się za kilka tygodni. Dziś spokojnie wrócił na swoje miejsce, jak niemy świadek zmieniających się czasów.

A mi rower został w żyłach, bije rytmem ciepłej krwi. I tego roweru Wam nie daruję, będzie na Parabuchu, będzie dużo. Bo rower to wolność, przygoda, rower to podróż.

Bieszczady na rowerze