This is Vietnam

Jak zdefiniować Wietnamczyków? W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie z pomocą przychodzą kierowcy ciężarówek.

Na pytanie jak zdefiniować Wietnamczyków częściowej odpowiedzi dostarczyło nam podróżowanie autostopem, a konkretnie dostarczyli nam jej kierowcy wielotonowych ciągników siodłowych, przemierzający nieprzerwanie swój kraj drogą AH1 z północy na południe i z południa na północ. Na głównych drogach lokalnych i autostradzie tirów jest mniej więcej tyle samo, co samochodów osobowych, jednak kierowcy tych drugich zdecydowanie rzadziej wchodzili z nami w jakąkolwiek interakcję. Przez szybę nadjeżdżających mniejszych pojazdów, obserwowaliśmy głównie gest rozkładanych rąk, obojętność lub brak jakiejkolwiek reakcji. Natomiast ciekawscy kierowcy pojazdów ciężarowych, bez wyjątków, utrzymywali z nami kontakt wzrokowy, odwzajemniali uśmiech, machali, krzyczeli lub przynajmniej „dla bajeru” wystawiali za szybę skierowany w górę kciuk. Dzięki uprzejmości i bezinteresowności tych panów w średnim wieku i dwudziestoletnich chłopaków spędziliśmy we wnętrzach ich kabin długie godziny, a nasza droga z niekończącej się i nużącej, stała się przyjemną, wymagającą urozmaiconej asertywności, przygodą. Przede wszystkim jednak, wspólne podróżowanie i mnogość godzin, jakie przyszło nam razem dzielić na niewielkiej przestrzeni, pozwoliły nam, na ile to możliwe, doświadczyć esencji wietnamskiej duszy.

Przerwa na lunch.

Spotkanie pierwsze. Thanh Hoa – Hanoi.
Odcinek 150 kilometrów pokonany w 5 godzin.

Hello, czy jedzie Pan do Hanoi?Come in, come in.Nie mamy pieniędzy na przejazd.Come in, come in. Pokazaliśmy na wszelki wypadek karteczkę z przygotowaną po wietnamsku krótką informacją, że poszukujemy transportu za darmo. – OK. OK. Gestem otrzymaliśmy kolejne zaproszenie do środka.

Kierowca, na oko 35-40-letni mężczyzna, angielskim posługiwał się prawie w zerowym zakresie, ale nie przeszkadzało mu to w próbach nawiązania z nami kontaktu. Prawie od razu gestem zaproponował Dorocie położenie się z tyłu na wygodnej leżance. Ja otrzymałem dorodny okaz dragon fruita do otworzenia i podzielenia na cząstki.

You tired. – zauważył nasz trucker, szukając czegoś w schowku nad szybą. Faktycznie byliśmy po całym dniu przeprawy od granicy laotańskiej i pewnie zmęczenie wylazło na nasze twarze. Kierowca w końcu znalazł to czego poszukiwał i wręczył nam po opakowaniu chusteczek nawilżonych. Opryskani miąższem z dragon fruita, spróbowaliśmy wyjaśnić po co i gdzie jedziemy.

Kierowca przerywał kilka razy, gestem proponując abyśmy poszli spać na leżance. Gdy odmawialiśmy, wyciągał butelki wody i innych napojów z lodówki podróżnej. Nie obyło się też bez słodkiej masy z sezamem i orzechami, którą po prostu wcisnął nam w dłonie. Za nim dotarliśmy do Hanoi, kierowca zdążył jeszcze podać nam swój adres w Ninh Binh, skąd pochodził, i numer telefonu, gdybyśmy znaleźli się w tarapatach i potrzebowali pomocy. Na obwodnicy Hanoi zamówił nam taksówkę, która, gdy się zatrzymaliśmy, czekała już na nas na poboczu. Przed wyjściem otrzymaliśmy banknot o wartości 10 tys. dongów. Nie chcieliśmy go przyjąć. – This is Vietnam. – usłyszeliśmy w odpowiedzi. – Ho Chi Minh. For luck.

W takiej sytuacji nie mogliśmy dłużej odmawiać. Była noc z trzeciego na czwartego września, a więc dzień po zakończeniu świętowania rocznicy uzyskania niepodległości przez Wietnam. W dalszej drodze szczęście miał nam przynieść, spoglądający z podarowanego banknotu, przywódca komunistycznej rewolucji.

Wschód słońca z tira

Spotkanie drugie. Ninh Binh – Hue.
Odcinek 600 kilometrów pokonany w 24 godziny.

Xin chao. Chcemy dostać się do Hue. Na to, facet bez koszulki uśmiecha się i kiwa głową potakująco. – Możecie nas zabrać? Nie mamy pieniędzy. Uśmiech nie znika z jego twarzy. Cały czas kiwa głową i macha dłońmi na znak, że kabina stoi otworem. Pakujemy plecaki i na wszelki wypadek próbujemy jeszcze raz potwierdzić darmowy przejazd, pytając o to tego, który akurat prowadzi. W odpowiedzi uzyskaliśmy jedynie kiwnięcie głową. Następnie ruchem palca nakazał on zdjęcie butów. Kolejnym wskazał miejsce, gdzie mamy postawić plecaki. Jeszcze następnym – miejsce gdzie każde z nas powinno usiąść. W kabinie bez wątpienia rządziły zasady, których należało przestrzegać, ale dzięki temu panowały też tutaj czystość i porządek. Ten pierwszy cały czas szeroko się do nas uśmiecha i wyciąga papierosa. – No to chyba jedziemy za darmo – zwracam się do Doroty. – Zobaczymy jak dojedziemy.

Panowie to około 50-letni mieszkańcy Ho Chi Minh. Najprawdopodobniej starzy i bardzo dobrzy przyjaciele, co potwierdzają różne późniejsze dowcipy sytuacyjne i szturchańce jakimi obdarzają się wzajemnie, gdy tylko nie prowadzą ciężarówki. Są kompletnym przeciwieństwem charakterów. Ten pierwszy – wesoły, gadatliwy i nie mogący usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż 10 minut. Ten drugi – zdawkowy w komunikacji i cichy, ale traktujący nas po ojcowsku.

Leżanka z tyłu kabiny, ta dolna i wygodniejsza, została w całości przygotowana tylko dla nas. Gestem nakazano nam położenie się, bo na pewno jesteśmy zmęczeni. Dostaliśmy wszystkie możliwe poduszki i koc. Gniazdko wymoszczone, że aż głupio się położyć, gdy tamci męczą się prowadzeniem. Siedzimy zatem na leżance i próbujemy znaleźć jakieś wyjście z krępującej nas sytuacji. W końcu chodzi jedynie o podrzucenie nas z punktu A do punktu B, a nie organizowanie warunków hotelowych o standardzie wyższym niż te, w których zatrzymywaliśmy się w ostatnich dniach. Rozterkę przerywa stukanie palcem w kolano. Ten wesołkowaty pokazuje na butelkę z wodą, a następnie gestem pyta, czy jedliśmy już obiad. Zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze dla kierowców, wywołując swoim widokiem ogólne poruszenie. Ten spokojniejszy zaprowadził mnie do lodówki i gestem nakazał, żebym wybrał te rodzaje mięs i owoców morza, które mamy ochotę jeść, po czym wróciliśmy do stolika. Po krótkim czasie na stole znalazły się wielkie misy z wybranymi przeze mnie mięsami, a zaraz po chwili sosy, zielenina i porcje ryżu. Za pomocą mimiki, kierowcy zasugerowali, jakiej mocy mogę spodziewać się po leżących przede mną papryczkach. My jedliśmy, a panowie dorzucali nam co większe kawałki mięs i dbali o odpowiednią ilość ryżu w naszych miseczkach. W międzyczasie panowie, tak dla żartu, wykonali kilka telefonów do swoich znajomych, aby tamci nieco pogimnastykowali się językowo. Kolejnymi ofiarami tego wyrafinowanego żartu stały się ich własne żony. Zabawy mieli przy tym co niemiara.

Najedzeni i zadowoleni chcieliśmy zapłacić za cały obiad. – No. No – stanowczo pokręcił głową ten spokojniejszy. – This is Vietnam – wyjął z portfela banknoty i opłacił cały rachunek. Po wejściu do samochodu, ten wesolutki podał mi do ręki coś, co wyglądało w półmroku jak guma do żucia. Okazało się, że był to banknot o wartości pół miliona dongów, czyli ponad 20 dolarów. Tego było już za wiele. Jeśli ktoś ma komuś płacić to my: za podwiezienie, za okazaną dobroć i za wszystko czego dowiedzieliśmy się podczas tej jazdy. W takiej postaci zacząłem przemawiać do rozumu mojemu uśmiechniętemu darczyńcy, próbując zwrócić mu zrolowany banknot. Żaden z zastosowanych forteli nie zdał jednak egzaminu. Wesołek pokazał na Dorotę i przykładając palec do ust dał do zrozumienia, że to tajny pakt między nami facetami – For your wife. For drinks. – ręce mi opadły i dałem za wygraną.

Wspólny obiad na trasie

Spotkanie trzecie. Quy Nhon – Phan Rang.
Odcinek 320 kilometrów pokonany w 10 godzin.

Biegnij do nich! Zatrzymali się! Xin Chao. Phan Rang? No money.No money? – trzech młodych kolesi spojrzało po sobie, po czym jeden z nich odpowiedział, powtarzając pytanie: – No money?Yes. No money.OK. OK – zaczęli pokazywać, abyśmy weszli do środka. Wchodzimy zatem, ale wciąż nie wiemy, czy dogadaliśmy się, czy mamy spodziewać się jakiejś niespodzianki przy wyjściu. W każdym razie jedziemy i to kolejny raz wielką ciężarówką. Mamy chyba szczęście do Freightlinera. Wciąż nie wiemy co to za marka, ale zaczynamy ją naprawdę kochać. Za wygodę i za to, że nie pozwala nam zbyt długo na siebie czekać. – Manchester is the best – zagajam, widząc emblemat drużyny obok obrotomierza. – Manchester? – zdziwienie na twarzach kierowców wskazuje na to, że próba nawiązania z nimi kontaktu będzie interesującym wyzwaniem. – Aaaa Manchester! – zaskakują po chwili i w ogólnym wybuchu radości dodają – Football OK.

Świadomość istnienia tematu, który można dalej eksploatować sprawiła, że poszliśmy o krok dalej. – We Ba’lan (Polska). – Aaaa Ba’lan – pokiwali głowami i zaczęli przez długi czas rozmawiać między sobą, wielokrotnie wymawiając nazwę naszej ojczyzny. Jeden z chłopaków zadzwonił do kogoś – Ba’lan, Ba’lan – temat rozmowy najwyraźniej dotyczył nas. Spojrzeliśmy po sobie i siedzimy dalej na leżance, którą to również i ci kierowcy przygotowali dla nas na samym początku wspólnej jazdy. Wygodniej niż w autobusach rejsowych lub lokalnych busach, gdzie zawsze jakoś brakuje tych kilku cennych centymetrów do pełnego komfortu.

Jeden z chłopaków podsuwa nam karteczkę. Napisał na niej „Wietnam” i pokazał na siebie. Przekaz był jasny. My również, pokazując na siebie, wymówiliśmy po raz kolejny – Ba’lan. Kiwnął głową. Na kartce Dorota dopisała dwie cyfry i pokazała na nas. Kierowca rozszyfrował ten przekaz i dopisał pod spodem cyfrę 23. Dowiadywaliśmy się o sobie coraz więcej. Następnie w ruch poszły standardowe już papierosy, woda i chusteczki nawilżone, a wtórował im ogólny śmiech, gestykulacje i plucie za okno. – Facebook? – jeden z chłopaków pokazał, że możemy znaleźć się wzajemnie w tej międzynarodowej społeczności. – Mi mi mi mi? – ten co kieruje wykonał gest, jakby chciał coś sobie włożyć do ust. – Lunch? – uzupełnił ten przekaz siedzący obok zmiennik. Przytaknęliśmy, że faktycznie coś można by przekąsić. W odpowiedzi otrzymaliśmy trzy szerokie uśmiechy. Jeden z nich wykonał telefon i znowu powtórzył kilkakrotnie – Ba’lan Ba’lan.

W kabinie kierowców panują żelazne zasady.

Niedługo później zatrzymaliśmy się na klepisku przed przydrożną knajpą. W środku kilkadziesiąt osób. Sami truckerzy. Sytuacja jak z westernu, w którym do miejscowego saloonu wchodzi ktoś spoza miasteczka. Wszyscy przerwali jedzenie i patrzą się. A my jak gdyby nigdy nic przemknęliśmy pomiędzy stolikami w poszukiwaniu łazienki. Po powrocie byliśmy już swoi i nikt nie zwracał na nas aż takiej uwagi. Z odległego stolika zamachali do nas nasi kierowcy. Siedziało tam jeszcze kilka osób. Zaczęliśmy domyślać się czego dotyczyła ostatnia z wykonanych rozmów telefonicznych. Nasi kierowcy dograli najwyraźniej czas i miejsce, kiedy przyjadą pochwalić się przed kolegami poznanymi po drodze obcokrajowcami.

Mówimy mało. Kieliszek jest co chwila uzupełniany miejscowym herbal-samogonem. A na stole surowe kałamarnice i ośmiorniczki wyruszają w ostatnią drogę do kociołka. Znajomi naszych kierowców podstawiają nam miseczki z ryżem i talerz z wieprzowiną. Podsuwają też spodeczek z ostrymi chilli. Przeczuwam, że liczą na moją próbę z tymi małymi zabójcami. Kończy się butelka z samogonem, ale druga jest już w drodze. Panowie zapraszają nas do skosztowania gotowych już kałamarnic. Pijących jest coraz mniej, bo jako kierowcy muszą być wypoczęci. Dorocie dali spokój, ale mój kieliszek uzupełniają na bieżąco. Piję w zasadzie już sam, więc pokazałem, że to ostatnia kolejka. Zrozumieli i po opróżnieniu przeze mnie kieliszka postawili go na stole dnem do góry. Jeden ze znajomych kierowców poklepał mnie po ramieniu – Good. Good. Dobrze, że moja głowa ich nie zawiodła, bo z pewnością liczyli na odrobinę zabawy z pijanym Europejczykiem. Czas się zbierać. Wyciągam zatem pieniądze, żeby pokryć chłopakom tę uroczą kolację z jej fantastyczną atmosferą i tyloma smakowymi wrażeniami. Jeden z naszych kierowców łapie mnie za rękę i kiwa przecząco głową na znak, żebym schował banknoty do kieszeni. – This is Vietnam.

Autorzy: Agrafka i Sznurek, czyli Dorota i Bartek w Azji.
Więcej o nich przeczytacie w naszym wywiadzie Agrafka i sznurek w Azji: podróż to spotkanie z Innym