Winnetou. Podróż sentymentalna

Czy wiesz, Szanowny Czytelniku, co to jest greenhorn, określenie wysoce złośliwe i uchybiające? „Green” znaczy „zielony”, a „horn” to „róg, rożek”. Greenhorn to „zielony”, a więc niedojrzały, niedoświadczony człowiek, który musi ostrożnie wysuwać naprzód różki, jeśli się nie chce narazić na niebezpieczeństwo kpin, słowem – żółtodziób.

Wiedźmińska saga Sapkowskiego zestarzała się okrutnie, boleśnie. Tak bardzo, że poza nielicznymi perełkami, nie dało się tego ckliwego romansu czytać. Ale przebrnąłem – pewnie ze 12 lat po pierwszej lekturze.

A po Sapkowskim – Karol May. Podchodziłem do niego z dużą obawą, bardzo nie chciałem się rozczarować, to w końcu najważniejszy autor mojego dzieciństwa, z którym skojarzenia mam jednoznacznie pyszne. „Winnetou” to dla mnie książka o fundamentalnym znaczeniu – o czym zaraz więcej napiszę. Może więc lepiej nie wracać? Może zostawić sentyment w spokoju?

Jedziemy w kieleckie

W dzieciństwie odbywałem właściwie jedną tylko podróż – za to wielokrotnie, w każde wakacje. Koniec roku szkolnego oznaczał bliski wyjazd do Sobkowa, rodzinnej wioski mojej Mamy, położonej urokliwie w Dolinie Nidy, gdzieś pomiędzy Kielcami, Chęcinami i Jędrzejowem (na zdj. poniżej).

Sobków, Świętokrzyskie Sobków, Świętokrzyskie
Dziś to dla mnie miejsce szczególne, dawniej nie zawsze miałem dobre skojarzenia. Bo i co może robić miejskie na wskroś dziecko na wsi zamkniętej lasami, wzgórzami, rzeką? Kąpiele przy dobrej pogodzie, trochę kopania piłki, czasem rower. Deszcz to nuda. Te kilka tygodni – zdarzało się – dłużyły się w nieskończoność. Dziś pewnie byłoby jeszcze gorzej: ze słabym zasięgiem, bez Wi-Fi i kina w promieniu dziesiątek kilometrów…

Nic dziwi więc, że moim ulubionym miejscem była gminna biblioteka. Pierwszy dzień po przyjeździe to był zawsze dzień pielgrzymki. Podbicie karty, aktualizacja danych (bibliotekarka mogła przy okazji mówić: „o, to już czwarta klasa, ale ten czas leci”), szybki przegląd nowości. A potem prawie jak odkrywanie Narnii, czyli długi postój przy półce z literaturą przygodową.

W tym miejscu pauza i ważna dygresja. Mam wspaniałych kuzynów i kuzynki. Bardzo często sobkowskie czasy spędzaliśmy wspólnie. Jedną z najważniejszych rzeczy, za które jestem im wdzięczny jest „zarażenie” literaturą, czytaniem dla przyjemności, przedkładaniem książek nad nudną telewizję. Dzięki nim odkryłem wielu autorów, rozpocząłem kształtowanie literackiego gustu. To oni polecili mi m.in. Karola Maya, a zwłaszcza jego serię o Dzikim Zachodzie, Indianach, westmanach.

„Winnetou”. „Old Surehand”. „Skarb w Srebrnym Jeziorze”. „Czarny Mustang”. To były książki, które pochłaniałem wielokrotnie, z pasją. To były moje pierwsze dalekie podróże.

Łuki z patyków

Naprzeciw naszego domu stoi plebania, która przynależy do kościoła pw. św. Stanisława, wzniesionego w połowie XVI wieku przez Stanisława Sobka jako zbór ariański.  W latach mojego dziecięctwa na plebani mieszkał proboszcz co o obejście nie dbał. W związku z tym dość duży teren wokół plebanii, otoczony rozwalającym się kamiennym murkiem, porastały nieprzebrane chaszcze. (Moja mama mówi, że to były krzaki klonów. Kto wie?) Rwaliśmy te badyle i robiliśmy z nich łuki, strzały, dzidy.

Każdy otrzymywał też imię – jak na prawdziwego westmana przystało. Old Shatterhand czy Old Firehand, albo własne, wymyślone. A potem podchody, walki, zabawa w chowanego…

Karol May

Karol May

Wtedy nie przeszkadzało mi, że Karol May to niemiecki powieściopisarz, który pierwszy raz do USA pojechał w okolicach 1908 roku, już po stworzeniu swoich historii dziejących się w amerykańskich realiach. Nie przesadzało też to, że to dość mało w zasadzie ambitna literatura, w której zły jest do cna zły, a dobry – zawsze krystalicznie czysty i szlachetny. To zresztą dla Maya charakterystyczne: humanitaryzm, chrześcijański duch, tolerancja i sprzeciw wobec uciskowi. (Jak choćby w tym fragmencie: Niech żaden naród nie sądzi, ze jest lepszy od drugiego dlatego, że ma inną barwę skóry) Nie doszukiwałem się w niej także wątków gejowskich.

I dziś to wszystko nie przeszkadza mi także. Bo powrót na prerię – w książkowym wydaniu – był nadspodziewanie przyjemny. Jasne, nie ma tej ekscytacji, która towarzyszyła lekturze lata temu. Ale pozostała egzotyka czasów, wartka akcja i wątki humorystyczne. I dobra rozrywka zmieszana ze wspaniałymi wspomnieniami.

Radość dzikiego świata

Trywialnie brzmi dziś stwierdzenie, że świat nam się skurczył. Że jechać można wszędzie właściwie, poza nielicznymi wyjątkami. Że turystyka masowa ułatwia i uprzyjemnia zwiedzanie, redukuje dyskomforty. To wszystko (smutna?) prawda.

Karol May nauczył mnie tylko miłości do świetnych literackich historii. Nauczył także, że podróż zaczyna się w wyobraźni. Że nie muszę mieć bogatych rodziców by zwiedzać egzotyczne prerie. Że nie muszę jechać w dalekie kraje by przeżyć wspaniałą przygodę. Że podróż to także dyskomfort przerwanej lektury (bo trzeba spać, albo to po prostu koniec książki) i wyzwania dzikiego świata (Winnetou nie sypiał przecież w hotelu, prawda?)

I najważniejsze może: że szczęśliwe dzieciństwo to łuk zrobiony z patyka.

Winnetou. Skarb w Srebrnym Jeziorze

Kadr z filmu “Skarb w Srebrnym Jeziorze”

Jest taki fragment w książce, który spodobał mi się teraz szczególnie. Sam Hawkens prawi (wtedy jeszcze greenhornowi) Old Shatterhandowi o wyższości przygody na prerii nad zamiarem pisania książek o tej tematyce.

A co kosztuje skórka bobrowa? Czy macie o tym pojęcie? Gdy będziecie zastawiali sidła, zarobicie o wiele więcej niż jako nauczyciel czytelników, od którego, gdybyście ich znaleźli na swoje i ich nieszczęście, nie nauczyliby się nic prócz głupstw. Zarabiać pieniądze! To można najłatwiej na Zachodzie. Tu leżą one na prerii, w puszczy, między skałami i na dnie rzeki. A co za nędzne życie wiedlibyście jako dostawca książek! Musielibyście zamiast pysznej wody źródlanej Zachodu pić gęsty, czarny atrament i żuć stare gęsie pióro zamiast niedźwiedziej łapy lub polędwicy bawolej. Zamiast rozkosznego, błękitu mielibyście nad sobą odrapaną z wapna powałę, a pod sobą zamiast miękkiej, zielonej trawy, pryczę drewnianą, na której dostaniecie reumatyzmu. Tu dźwiga was koń, a tam podarty fotel. Tu możecie czy w deszcz, czy w pogodę korzystać z wielkich darów bożych, a tam przy pierwszej kropli deszczu podnosicie czerwony lub zielony parasol. Tu jesteście wolnym i wesołym człowiekiem ze strzelbą w garści, a tam będziecie siedzieli przy biurku i marnowali siły przy piórze lub ołówku, który… no, kończę, bo nie chcę dłużej się rozdrażniać. Ale jeśli rzeczywiście pragniecie zostać nauczycielem swoich czytelników, to jesteście najbardziej pożałowania godnym człowiekiem na tej pięknej ziemi!

Jak dobrze, że Old Shatterhand, alter ego Karola Maya, zdecydował się jednak na spisanie swoich przygód… Jeśli dla Was jest już ciut za późno – zarażajcie nimi swoje dzieciaki, bo naprawdę warto.

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z „Winnetou” Karola Maya. Książka dostępna jest w domenie publicznej.