Wybory na oceanie

Za nami wybory parlamentarne. Większości z nas dostęp do możliwości zagłosowania wydaje się czymś oczywistym, ale niektórych przygoda wiedzie w rejony, w których lokali wyborczych nie ma. A jak nie ma, to może trzeba samemu stworzyć?

Z pokładu Le Quy Dona napisał do mnie Stefan:

U mnie były wybory. Załoga się naparcowała. To ciekawe, że przecież wybory mogliśmy sobie darować, a dzięki Pawłowi, jednemu z załogantów jednak się odbyły. Uparty chłopak najpierw uzyskał zgodę kapitana, potem nie dał żyć armatorowi, a w końcu załatwił wszystkie papierki w urzędzie. Otworzyliśmy zatem obwód, ustanowiliśmy komisję wyborczą i w ten sposób każdy, kto chciał, mógł oddać głos.

Mało tego, bosman zajął się robieniem urny wyborczej. Najpierw mieliśmy zamiar zrobić z kartonu, ale wygrzebaliśmy skądś skrzynkę, którą okleiliśmy i pomalowaliśmy. Wcześniej bosman musiał farbę czerwoną wydębić od jakiegoś innego statku, bo takiej nie mieliśmy. Użyczyli około litra. Była komijsa, ludziki na wybory się wystroili. Słowem, nieźle to wyszło.

P1100641 P1100639

Stefan zdradził mi też wyniki, ale te zachowam już dla siebie… Już niedługo zakończy się pewnie postój w Las Palmas i Le Quy Don znów przywita ocean…

[symple_box style=”boxnotice”]

Wszystkie relacje Stefana z rejsu do Wietnamu znaleźć można na stronie Le Quy Don poznaje ocean

[/symple_box]