Żeglarze dnia pierwszego

Od mostka kapitańskiego do rufy leżą ciasno wychylone ciała na zawietrzną stronę burty. Ofiary, jakby złożone na rozbujanym ołtarzu morza Karaibskiego, męczą się niepojęcie dla każdego kto czyta te krótkie słowa, a nie przeżył choroby morskiej. Nie ma śmiechu dla żeglarzy dnia pierwszego. 

*** WSZYSTKIE MATERIAŁY KARAIBSKIEJ OPOWIEŚCI ZNAJDZIECIE NA TEJ STRONIE ***

Zatoka Anse Mitane na Martynice widziana jest z pokładu samolotu przy lądowaniu. Żaglowiec wygląda majestatycznie unosząc się na tych wodach. Nie widać jednak tego co dzieje się na pokładzie. Każdy ma jakieś zadanie. Trzeba sprzątnąć, ugotować, nauczyć się, zapamiętać, w końcu wachtować. Mnóstwo nowych obowiązków, które wypełniają im dzień, a oni i tak są zagubieni. Jest jednak woda pod prysznicem. To ważne, bo dla oszczędności włączana tylko raz dziennie od 18 do 21. Wszyscy biorą kąpiel po wilgotnym dniu pracy. Zaraz wypływamy, więc ta ich potrzeba zaspokojenia czystości własnej, zostanie wkrótce ukarana.

Na początku nie jest trudno. Wszyscy zebrali się w klasie i słuchają słów Pierwszego. Prowadzi wykład z bezpieczeństwa na statku. Najważniejsza zasada brzmi: „nie wypadamy za burtę”. Jesteśmy jeszcze na kotwicy, ale duszna atmosfera i fakt, że klasa jest bardziej na dziobie, a więc kołysze, sprawia że ktoś prosi o wyjście. Błąd polegał na tym, że zamiast od razu na pokład górny, poszła do swojej koi. Potem już biegła w drogę powrotną, ale nie zdążyła i na schodach tuż przy drzwiach klasy i zejściówce pokładowej, oddała to co jadła na obiado-kolację. Proszę zamknąć drzwi – mówi Buba, pierwszy oficer i jest to jakby komentarz do tej sytuacji. Bo taki chory na nikim wrażenia nie robi. To część rzeczywistości. Wszyscy w tej klasie lekko przysypiają.

STS Fryderyk Chopin

Jest tu niemal pięćdziesiąt osób, w tym trzydziestka dzieciaków w wieku gimnazjalno-licealnym. Przylecieli na Martynikę, a potem zaokrętowali się na żaglowiec Fryderyk Chopin, by płynąć po Karaibach i przepłynąć Atlantyk w ciągu dwóch najbliższych miesięcy. Organizowany przez Niebieską Szkołę to ósmy taki rejs, który łączy w sobie normalne lekcje z warunkami morskimi.

Ta pierwsza noc płynięcia jest cudownie prosta. Kierunek Santa Lucia, zatoka Rodneya, słynnego angielskiego kapitana, który pokonał flotę francuską, walcząc o te wyspy. Trzeba wejść na maszty, rozwinąć żagle, przebrasować reje. W końcu sterować i wypatrywać zagrożeń na wodzie. To masakra – komentuje nauczycielka. Spania jest mało. Dzieciaki gubią się w plątaninie lin. Nie potrafią wybierać, pompować. Gdy jedni pracują, inni się tylko przyglądają. Co czwarty wchodzi na reje. Ci co trzymali się jeszcze na początku, przy trzecim alarmie do żagli już też wymiotowali. Nie można dopuścić, żeby się do tego przyzwyczaili, bo przez cały rejs będziemy mieli zażyganą łódkę – mówi Cichy, drugi oficer.

DCIM100GOPROGOPR0121.

Zszedłem pod pokład, mocny przechył i głupieje błędnik. Jeden z uczniów znalazł na to sposób. Leży głową w dół w swojej kajucie. Prosi mnie o papier, w ręku trzyma siatkę ze swoimi wymiocinami. Nie może wstać. Przestrzeń jest dla niego za ciężka. Biorę go za szelki aseukracyjne i razem biegniemy na pokład. Tam czołga się na środek rufy i ledwie leży. Chorzy czy nie muszą pracować, bo żaglowiec musi płynąć. Tylko dwójka nie jest w stanie ruszyć się z miejsca. Reszta się stara. To jednak mało. Pompuj! Pompuj! Ciągnij! Na raz! – Krzyczy Mały, bosman. To bez sensu. Nie nadają się.

DCIM100GOPROG0010170.

Brasowanie pięciu żagli rejowych powinno być zrobione w kwadrans, a im przeciąga się do godziny. Wyszkolona załoga klaruje taką ilość rei w pół godziny, im zajmuje to całą wieczność do wschodu Słońca. Na rejach wchodzi tylko parę osób, niemal same dziewczyny, jeden chłopak. Reszta nie jest w stanie. Tam na górze klarują powoli, ale coś robią. Żeby cała reszta na dole nie nudziła się, kazano im myć pokład. Kapitan jest wkurzony, pierwszy raz w życiu myłem pokład o szóstej rano – zamyśla się Mały, bosman.

Słońce wstaje bliżej 7 zza wzgórz St. Lucii. Dziewczyny na rejach biją mu brawo, za to że w końcu rozpoczyna się dzień. Ciężkie powieki zamykają się niemal wszystkim. Nikt nie odpoczywa. Kapitan zapowiada szkolenie z brasowania, która trwa do wieczora. Kto jest niewyspany? – pyta się po obiado-kolacji około 19. Nikt się nie przyznaje. Wszyscy chcą zejść na ląd, a mogą tylko ci w pełni energii.

Ciąg dalszy już za tydzień!